Reklama

Klasztor Matki od Aniołów

19/04/2006 12:43
Mały, skromny Klasztor Franciszkanów w Wyszogrodzie położony jest nad brzegiem urwistej skarpy. Stare ściany kościoła pokrywają rysy, bezlitośnie niszczy je wilgoć. Za ołtarzem jest ogromne pęknięcie. W tej zabytkowej 600-letniej świątyni pod wezwaniem Matki Boskiej Anielskiej swoje miejsce mają święty Franciszek i święty Antoni. Kryje się tu mnóstwo tajemnic, spowitych ciszą i spokojem. To mimo upływu czasu szczególne miejsce. Mają do niego sentyment nie tylko ludzie z Wyszogrodu. Przyjeżdżają tu osoby z Warszawy, Płocka, Sochaczewa, znajdując upragniony spokój duszy. Kościół w Wyszogrodzie jest średniowiecznym zabytkiem i perełką w swojej klasie. W przytulnym wnętrzu tuż obok ozdobnego ołtarza widać regularne odarte z jednolitej farby paski. Wyłaniają się spod nich blade malowidła. – To efekt pracy konserwatorów. Niestety, tylko część tajemnic ukrytych pod warstwami farby ujrzała światło dzienne. Są to napisy w języku łacińskim – tłumaczy ojciec Zygmunt Błocisz, gwardian zakonu franciszkanów w Wyszogrodzie. Prace pochłonęły 15 tys. zł. Fundusze stopniały błyskawicznie. Konserwatorzy proponowali dalej drążyć temat i pokazać całość malowideł, które mogłyby się stać w przyszłości atrakcją dla turystów. – To jest jednak duszpasterski kościół, a nie muzeum – zaznacza zakonnik.
Pokazuje mi grzyb na ścianach. Obok szarych plam widnieją numerki – 8 lub 10. Skala zawilgocenia jest 12 stopniowa. Jak najszybciej trzeba zbijać tynki. Osuszać nie tylko ściany ale cały teren. W piwnicy pod kościołem od lat stoi woda. – Do tego kościół pęka. Miał na to wpływ wcześniejszy ruch samochodów na ulicy Klasztornej, podobnie jak i zimowe detonacje kry na Wiśle. Poza tym klasztor położony jest na skarpie. Nie brakuje tu cieków wodnych, które wytrwale robią swą krecią robotę – wymienia gwardian.
Największe pęknięcie znajduje się tuż za ołtarzem. Wymaga specjalnych prac zabezpieczających. Na renowację czekają też zabytkowe organy, które są obecnie świetną pożywką dla korników.
Ojciec Zygmunt Błocisz objął wyszogrodzki klasztor rok temu. – Parafia Wyszogrodu jest wewnątrz miasteczka. Jesteśmy na jej terenie. Do nas przychodzą więc na niedzielne msze jedynie sympatycy i przyjaciele. Udaje nam się wtedy zebrać z tacy 250 zł. Z tego nawet nie jesteśmy w stanie się utrzymać, a co dopiero myśleć o pomalowaniu kościoła.
Raz w tygodniu w kościele przyklasztornym odbywa się nabożeństwo do świętego Antoniego, który w ogólnym rozumieniu pomaga znaleźć rzeczy zagubione. – Nie można tego rozumieć w kontekście literalnym, że coś mi zginie, to święty pomoże odnaleźć. To byłaby magia. Doszukiwać się trzeba sensu, patrząc w całym kompozycie człowieka w jego duszę i ciało – przestrzega zakonnik.
Na mszę świętą z homilią do świętego Antoniego przychodzi czasem więcej ludzi niż na mszę niedzielną. Na tace zbierane są kartki z prośbami duchowymi, czy też materialnymi. Czytane są przed ołtarzem świętego. Na koniec każdy dostaje relikwiarz do ucałowania.
– Przychodzą do nas pary narzeczeńskie. Chciałyby w naszym kościółku wziąć ślub, ale chciałyby też, żeby chociaż ściany były wymalowane. Nie mogę tego nikomu obiecać – tłumaczy z troską o. Zygmunt Błocisz.
Pomalowanie kościoła w astronomicznej sumie całej odbudowy nie jest drogie. Wynosi 50-60 tysięcy złotych. – Zbierałem już fachowców, ale konserwator mnie zastopował, bo najpierw konieczne są inne prace. Zwracałem się też do burmistrza Wyszogrodu. Klasztor, gdyby był odnowiony, mógłby żyć własnym życiem, choćby dzięki rekolekcjom duchowym. Przecież są do tego warunki. Niestety, wciąż hamują mnie sprawy materialne.
Błędne koło się zamyka. Choć w Urzędzie Gminy i Miasta Wyszogród dowiedziałam się, że sprawa remontu klasztoru będzie brana pod uwagę, ale nie w najbliższym czasie. Zanim znajdą się też inne osoby, które będą chciały wesprzeć odbudowę tego obiektu, ojciec gwardian musi walczyć o utrzymanie zakonu.
Prostowanie
kręgosłupów
Zakon Franciszkanów od wieków istniał w Wyszogrodzie. Podczas zaborów klasztor przejęli protestanci. Potem pod opiekę wzięli go księża diecezjalni. Był już zaniedbany i zmurszały. Franciszkanie wrócili do Wyszogrodu w 1945 roku. Po wojnie w biednym miasteczku zakonnikom nie było łatwo żyć. Część ziemi oddali w dzierżawę. Prowadzili przedszkole, mieli swoje gospodarstwo. Dopiero w 1981 ówczesny gwardian ojciec Michał Łęcki postarał się o fundusze z zagranicy. Poszerzył przykościelny mały klasztorek. -W latach 80-tych młodzi ludzie byli pełni religijnego entuzjazmu. Ruch księdza Blachnickiego był bardzo rozwinięty. Klasztor tętnił życiem. Umarł święty i nie ma kontynuacji. Wcześniej był tłok, dziś są pustki. Jednak jeśli ktoś teraz przyjedzie do Wyszogrodu i nie ma się gdzie zatrzymać, może przyjść do nas – zapraszają zakonnicy.
Wystarczy „co łaska”. A warunki choć skromne są bardzo przyzwoite. W przytulnych pokoikach z tapczanikami i regałami mogłyby też mieszkać osoby, przyjeżdżające na weekendowe rekolekcje do Wyszogrodu. Marzy o tym o. Zygmunt Błocisz. Na razie musi się jednak zająć wiernymi na mszy i wszystkimi, którzy potrzebują od niego pomocy. Często dzwonią do niego ludzie z Płocka, Sochaczewa i Warszawy, prosząc o spotkanie.
– Nie mogę wprowadzać nikogo do naszych prywatnych pokoi. Ogranicza nas klauzula zakonu. Dotychczas gości zatrzymywaliśmy na korytarzu albo w progu. To jednak nie było dobre miejsce na rozmowy o problemach.
Gwardian postanowił wyremontować jeden opuszczony i zaniedbany pokój klasztoru. Znaleźli się chętni, którzy zrobili to za darmo, wyposażyli też pokój w przytulne meble, ławę, fotele i kanapę. Tak powstała rozmównica.
– Wiele jest ludzkich tragedii, które powodują, że człowiek nie potrafi iść do konfesjonału. W rozmównicy może się ze mną wszystkim podzielić i wszystko wykrzyczeć. Rozmowy trwają i po kilka godzin. Później mówię „to klękaj, udzielę ci rozgrzeszenia. Nigdy byś do spowiedzi nie poszedł. Żałujesz za to wszystko, prawda?”. To są najcudowniejsze spowiedzi – przekonuje gwardian.
W rozmównicy zjawiają się też zrozpaczone matki, których dzieci zeszły na złą drogę. – Córka jednej pani odprawiała seanse spirytystyczne. Dziewczyna wkrótce zaczęła narzekać na omamy, czuła, że ktoś za nią chodzi, coś budziło ją w nocy. To są skutki otwarcia drzwi siłom ciemnym. Jeśli zło zapraszamy, gdzie to jest wielki grzech bałwochwalstwa i nie dowierza się Panu Bogu, to zło skorzysta z okazji. Ta dziewczyna straciła też kontakt z matką. Matka przyszła żeby pomóc córce. Tutaj można się wygadać, możemy wspólnie prostować „kręgosłupy”. Ojciec Zygmunt Błocisz stara się znaleźć czas dla wszystkich. Czasem żałuje, że nie ma zdolności bilokacji jak Ojciec Pio.
Za jego dobre uczynki, ludzie również odpłacają dobrem. Gwardian z dumą pokazuje pięknie urządzony pokój gościnny dla dostojników kościelnych. Trudno uwierzyć, że była to waląca się ruina.
– Ten pokój powstał dzięki kobiecie, która przyjechała z Niemiec zamówić w naszym kościele mszę świętą. Przy okazji chciała zwiedzić nasz klasztor. Usłyszałem, że „strasznie jest tu u ojca”. Odparłem, „to niech pani pomoże”.
Pielgrzymująca poprosiła, żeby zakonnik zamówił ekipę remontową, a ona pokryje koszty prac. Gwardian do końca w to nie wierzył. Kobieta jednak nie tylko zapłaciła rachunek, ale też wyposażyła w meble pokój i urządziła łazienkę.
Są też mniejsze podarki. Wyszogrodzianie wspomagają swoich zakonników. Czasem przynoszą kawę i ciasteczka, a czasem coś na opał, tym bardziej że wiedzą jak trudno klasztor ogrzać zimą.

Zakonnik do roboty
W klasztorku, jest dziś trzech mnichów. Czy będzie to zakon franciszkański, benedyktyński, karmelitański, czy jezuicki wszędzie są bracia i są księża, których tytułuje się „ojcami”. W Wyszogrodzie jest dwóch ojców i brat Wojciech, który zajmuje się gospodarstwem. Hoduje świnki i króliki. W ogródku ma trochę warzyw. – Dzięki temu egzystujemy. To starszy schorowany człowiek. Aż się prosi, żeby ktoś mu pomógł. Jednak powołań na braci jest bardzo mało. Żyjemy w epoce konsumpcjonizmu, moralnego liberalizmu i kultury postmodernistycznej, więc kto tu przyjdzie – zastanawia się o. Zygmunt Błocisz.
Choć z drugiej strony boża łaska różnie działa. -Czasem przychodzi człowiek na etapie kończenia studiów. Wstępuje do zakonu i okazuje się, że zanim dostanie habit i złoży śluby, musi przejść okres próbny, nowicjat. Potem żeby zostać zakonnikiem, trzeba rok w rok odnawiać śluby, aż po pięciu latach składa się dopiero śluby wieczyste. Do tego ktoś go obserwuje i poznaje. Człowiek trafia też do zwyczajnej pracy fizycznej, musi np. obierać ziemniaki i wtedy oburza się, że on przyszedł się tu modlić, a robotę to ma w domu. To jest abstrakcyjne rozumowanie powołania zakonnego – twierdzi zakonnik.
Tymczasem w przypadku zakonu Franciszkanów przeważająca jego część to bracia zakonni. Za czasów świetności w głównym polskim zakonie franciszkanów w Niepokalanowie było 900 braci. - Przychodzili jako młodzi mężczyźni z różnymi zawodami i takie pełnili funkcje. Dziś jest tak samo. Do zakonu należą mężczyźni, którzy nie są księżmi, ale noszą habit, mają śluby zakonne.
Wśród braci są też artyści. Znany jest brat Jan Łabiński teoretyk zegarmistrzostwa. W czasach komunistycznych zawodówki zegarmistrzowskie uczyły się z książek jego autorstwa. Niestety, w żadnej z nich przed nazwiskiem nie można było napisać „brat”.
Ojciec Zygmunt Błocisz ma kolegów, którzy pochodzą z rodzin ateistycznych, z rodzin policjantów i wojskowych, wywodzą się też z domów agnostyków, albo niewiary zwyczajnej a są misjonarzami. – Kiedy byłem w szkole średniej matka powiedziała mi: „Nie wiem, jak się twoje życie ułoży, ale pamiętaj, że w życiu zło to jest zło, dobro to dobro, białe jest białe, a czarne jest czarne”. Dała mi jakieś pryncypia. Poszedłem do seminarium, byłem na studiach specjalistycznych z teologii dogmatycznej na ATK. Interesowało mnie w życiu zakonnym głoszenie słowa bożego, a żeby to przepowiadanie nie było takie abstrakcyjne, to mnie zastanawiał problem człowieka z jego niewiarą – tłumaczy.
Na studiach był zaskoczony, że nic nie słyszy na temat hierarchii wartości, jeśli chodzi o teologię moralną. Rozwijał intelektualnie umysł ale podstawy dała mu matka. – Kiedy jestem na rekolekcjach, czy na katechezach z dziećmi, łatwo je sprawdzić. Mówią, że w domu się nie modlą. Myślę sobie, że przecież nie jestem takim dinozaurem, a przecież za moich czasów klękaliśmy razem z rodzicami do modlitwy. To są dziś często zjawiska nie do wyobrażenia. Teraz dlatego mogę z taką siłą mówić rodzicom: „pamiętaj, że jeśli ty nie dasz dziecku podstaw, to później nikt nie da, ani kościół, ani szkoła”.
Zakonnik przekonany jest również, że od wiary, teologii i biblii, od słowa Pana Jezusa dzisiejszego człowieka odsuwa maska, obłuda i faryzeizm.

Pomóżmy oazie spokoju
Codzienne życie w wyszogrodzkim zakonie może wydawać się jednostajne. Pobudka o 7.00. Wspólne zgromadzenie w kaplicy na starej zakonnej modlitwie franciszkanów. Potem zaczyna się rozmyślanie. Pół godziny sam na sam z Pismem Świętym albo z własnym zagadnieniem. Medytacja. Brewiarz rano, w południe i wieczorem. Adoracja Najświętszego Sakramentu. Wspólne odprawianie mszy świętych, wspólne posiłki, praca jednak podzielona według tego, co kto potrafi. Brat Wojciech idzie do gospodarstwa, ksiądz do pisania, ale też opłacania rachunków i robienia zakupów.
Zakonnicy mają też 3 tygodnie urlopu. Muszą czasem wyjechać, zmienić klimat, odreagować. Niestety, wolne mogą mieć tylko w wakacje.
– Wszystkie święta spędzamy w klasztorze. W Wigilię, kiedy księża już nie mają czasu spowiadać, ludzie przychodzą do nas. Choć też przygotowujemy się do wieczerzy, nie zamykamy nikomu drzwi. Mam doświadczenie. Wiem, że tu musi coś być, że ten człowiek właśnie teraz chce się wyspowiadać – zdradza o. Zygmunt Błocisz.
Są też dwa wielkie dni w wyszogrodzkim zakonie. 2 sierpnia w dzień Matki Boskiej Anielskiej, pod której wezwaniem jest kościół, do klasztoru w Wyszogrodzie przyjeżdżają księża z dekanatu na uroczystą mszę świętą i wspólny posiłek. 4 października z kolei uroczyście obchodzone jest tutaj święto patrona świętego Franciszka.
Zakon prowadzi bardzo skromne życie. Nie zabiega o uwagę. Mimo to trzeba ratować ten zabytkowy obiekt. Zyska na tym Wyszogród, gdzie odnowiony zabytek może przyciągać turystów. Swoją przystań i oazę spokoju zawsze będą tu też mieli ludzie, szukający swojej drogi w życiu. To jest wartość, której nie można zaprzepaścić jedynie z powodu przeszkód materialnych.
Blanka Stanuszkiewicz


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości