Reklama

Kiedy Kasa nie chce płacić

11/10/2003 16:40
Wypadku w rolnictwie nie można przewidzieć, bo na wsi zdarzyć się może niemal wszystko: od zwykłego potknięcia po przejechanie przez maszynę. Zawsze kończy się to mniejszym lub większym uszczerbkiem na zdrowiu, za które można otrzymać odszkodowanie. Bagaż odpowiedzialności spoczywa tu na barkach inspektora KRUS. To on przyjmuje zgłoszenie o wypadku, potem, już na miejscu, dokonuje oceny sytuacji. Jego opinia jest wiążąca, jeśli chodzi o przyznanie odszkodowania. Do niego rolnicy wnoszą pretensje w przypadku nie otrzymania pieniędzy. Postanowiliśmy towarzyszyć inspektorowi płockiego KRUS podczas tych swoistych “wizji lokalnych”.Tego październikowego dnia starszy inspektor ds. prewencji Dariusz Stelmach jedzie do dwóch osób - rolnika i rolniczki, oboje mieszkają w gminie Staroźreby. Mężczyzna zgłosił aż dwa wypadki – zdarzyły mu się w ciągu tygodnia, miał więc wyjątkowego pecha. Inspektor na miejscu ustali przyczynę i okoliczności zdarzenia. Na tej podstawie sporządzi protokół poszkodowanego (jeśli nie zgłosił się do KRUS-u osobiście). O tym, czy przysługuje prawo do odszkodowania (wypadek został uznany za wypadek przy pracy rolniczej, rolnik ma prawo do otrzymania odszkodowania), decyduje lokalny oddział KRUS: - Kasa odmawia, jeśli wypadek nie był związany z pracą rolniczą albo poszkodowany postępował nierozważnie: sam przyczynił się do wypadku, ponieważ jego pracę znamionowało rażące niedbalstwo, de facto sam sobie winien. Określenie “rażącego niedbalstwa” jest trudne, ponieważ sama definicja jest dość płynna – określa się nim “postępowanie poniżej określonego poziomu świadomości na danym terenie”. Mamy więc do czynienia ze sprawą uznaniową – wyjaśnia tajniki tego specyficznego procesu D. Stelmach. Przyznaje, że większość decyzji odmawiających prawa do odszkodowania, sąd w Płocku uchylił, ponieważ uznał, że niedbalstwo było tylko zwykłe, a nie aż rażące.

Na rolniku do Europy ?!
Do pierwszego z poszkodowanych jadę z wiedzą, że każda sprawa ma charakter indywidualny i trzeba wziąć pod uwagę wszystkie czynniki, które przyczyniły się do zaistnienia wypadku. Witający nas rolnik z pewnością nie jest zdrowy – wyraźnie kuleje na lewą nogę. Noga jest spuchnięta i zabandażowana, a rolnik wylewny. O dwóch nieszczęściach, jakie zdarzyły mu się w ostanim czasie, opowiada z detalami i niemal bez przerwy, cały czas spacerując w tę i z powrotem. Najpierw było zdarzenie z krową, wcześniej najspokojniejszą w liczącym 16 zwierząt stadzie, po prostu krową “jak baranek”: - Była tydzień po zacieleniu, właśnie odwiązywałem ją z łańcucha, przychyliłem się, a ta łup na mnie: kopyta pod pachy i przygniotła mnie do toka. Gwiazdy w oczach zobaczyłem, bo 700 kg ciężar jest ogromny. Ale człowiek trochę ma siły i widzi w strachu śmierć – zaparłem się rękami, jak wyczułem moment, że lżej mnie uciska, to złapałem ją za nogę i przez nogę przełożyłem głowę. Byłem wolny - dokładnie relacjonuje przebieg zdarzenia rolnik.
Nikt mu nie mógł pomóc, bo był w oborze sam. Do domu dowlókł się blady jak ściana. Lekarz w ośrodku powiedział, że pękły mu ścięgna między żebrami, a wtedy ból jest gorszy niż przy pęknięciu żebra, będzie go boleć pół roku i że takie rzeczy zdarzają się ciężarowcom. Wszystko się zgadza i tylko jedna rzecz zaskakuje – kiedy rolnik pokazuje sytucję w oborze, gdzie zdarzenie miała miejsce, z przestrachem w oczach parzę, jak skacze z półmetrowego toka na posadzkę obory i... nie dzieje mu się nic złego. Inspektor Stelmach nie traci dobrego humoru: - Teraz każda krowa jest Europejką, bo paszport posiada – żartuje. Rolnik przytakuje: - Koledzy się śmieją, że krowa chciała do Unii na mnie wjechać.
A że nieszczęścia chodzą parami, tydzień później rolnik, nie zważając na ból, poszedł rozsiewać “Piastem” wapno (ma 70 ha ziemi), bo kto ma to zrobić. Siadło koło, a on stał na osłonie wałka łączącego rozsiewacz z ciągnikiem i wychylił się, żeby to zobaczyć. Wałek w sekundzie wciągnął lewą nogawkę jego spodni: - Żeby te żebra mnie nie bolały, to ja bym szybciej urwał tę nogawkę. Zgnieciona noga szybko spuchła, rana zrobiła się czarna, od razu wezwali pogotowie – opowiada. W szpitalu stwierdzono “otarcia skóry po obu stronach pięty, bolesność okolicy kostki bocznej, powiększony więzozrost piszczelowy-strzałkowy” i założono szynę. Rolnik pokazuje spodnie, w których miał wypadek i opowiada o szczęściu w nieszczęściu, ponieważ pierwotnie miały o wiele dłuższe nogawki, ale wybierając się do pracy poprosił żonę, żeby mu je szybko obcięła: - Inaczej nogi bym nie urwał.
Mówi, że od dziecka robi przy maszynach, a nigdy żadnych wypadków nie miał. Teraz do pracy w gospodarstwie musi najmować ludzi. Inspektor spisuje protokół, informuje, że wysokość odszkodowania zależeć będzie od procentu uszczerbku na zdrowiu. Odjeżdżamy. Wątpliwości nie budzi pierwszy z wypadków: rolnik miał do czynienia z nieprzewidzianym zachowaniem się zwierzęcia. Co do drugiego, to podczas pracy mężczyzna stał na metalowej osłonie wałka przyjęcia mocy maszyny (tzw. przekaźnika wału napędzającego) - konstrukcyjnie nie jest to miejsce przeznaczone do stania, budowa tej maszyny nie przewidywała pomostu, on stał na tzw. dyszlu maszyny. Czy było to rażące niedbalstwo? Kwestia uznania. W ubiegłym roku kilku rolników w podobny sposób jeździło na sadzarce czerpakowej. Nikomu nie przyznano odszkodowania

Zawinił ziemniak
Zdarzenie w gospodarstwie drugiej z osób miało miejsce dwa miesiące wcześniej. Nikt go do KRUS nie zgłosił, bo: - Nie wiedzieliśmy, że coś takiego przysługuje. Inspektor informuje, że owszem, jak najbardziej, ponieważ rodzina ubezpieczona jest w Kasie. Rolniczka niedawno dowiedziała się też przypadkiem, że może otrzymywać na sześcioro dzieci zasiłek rodzinny.
Zdarzyła się jej rzecz typowa, niestety, o bardzo przykrych konsekwencjach zdrowotnych:
- Późno wróciliśmy z pola. Uprawiamy warzywa, jest przy nich bardzo dużo pracy, więc chciałam pomóc mężowi i poszłam odlać wodę z parnika z ziemniakami dla świń (hodowla liczy około 60 sztuk). Para buchnęła mi w twarz, przewróciłam się, jak mąż przybiegł, to leżałam – opowiada.
Kobieta poparzyła się parą i wodą, która nagle chlusnęła z otworu spustowego – został zablokowany przez mały ziemniak. Mąż, widząc co się stało, długo nie czekał, natychmiast włożył żonę do wanny z zimną wodą (przeznaczona do studzenia baniek z mlekiem), która stała w tym samym pomieszczeniu: - Woda aż zasyczała, ale to mnie uratowało – uważa rolniczka. Poparzyło jej twarz, klatkę piersiową, ubranie przylgnęło do ciała. Wszystko działo się po godzinie 21.00, pogotowie z Płocka wezwali po dwóch godzinach: - Nie przyjechali. Powiedzieli, że jak wytrzymałam dwie godziny na proszkach przeciwbólowych, to żebym znów wzięła Ibuprom...
Rano wytrzymać już nie mogła. Mąż zawiózł ją do szpitala w Płońsku, natychmiast podłączona została pod kroplówkę, spędziła tam 10 dni. Po dwóch miesiącach od zdarzenia na twarzy nie ma już niemal śladów po oparzeniu, skóra jest wrażliwa na słońce, stan ten może trwać nawet kilka lat. Gorzej z resztą ciała – czerwone ślady po przylgniętych do ciała częściach garderoby wieczorem robią się bordowe, bolą i pieką. Pieką też oczy – jest skierowanie do okulisty.
Inspektor ogląda kartę informacyjną ze szpitala, spisuje protokół. Kobieta miała wyjątkowego pecha – ślady po oparzeniach zostaną jej na całe życie, operacja plastyczna raczej nie wchodzi w rachubę – zbyt kosztowna. Jedyne “ale” to pomieszczenie, w którym doszło do zdarzenia: jest zagracone. Rażące niedbalstwo? Ktoś mógłby też powiedzieć, że trzeba używać większych ziemniaków, ale bez przesady – wiadomo że świniom na wsi paruje się te najmniejsze, bo nikt ich nie kupi. Kobieta pyta, czy w ogóle warto się ubiegać o odszkodowanie. Pieniądze by się przydały, bo maści na oparzenia drogie. Nie może już pomagać mężowi jak przedtem, dobrze, że córki pomagają, w domu zrobią już wszystko.

Wypadki chodzą
po ludziach
W 15 gminach powiatu płockiego miesięcznie średnio zdarza się około 40 wypadków przy pracy rolniczej. W trzecim kwartale 2003 roku zanotowano ich 123. W sześciu placówkach Oddziału Regionalnego KRUS w Płocku łącznie miało miejsce 420 wypadków. Już pierwsze półrocze zamknęło się większą liczbą wypadków niż było to w roku ubiegłym. Opis niektórych zdarzeń zaskakuje inspektorów. Tak było z mężczyzną, który rozsiewał nawozy rozsiewaczem przymocowanym do ciągnika. Po zakończeniu pracy doczepił rozsiewacz do przyczepy i, będąc sam na polu, chciał połączyć przyczepę z ciągnikiem, więc włączył wsteczny bieg w ciągniku na redukcji polowej: ciągnik ruszał bardzo wolno do tyłu, a on trzymał dyszel przyczepy, aby włożyć go w zaczep ciągnika. W jakiś sposób nie udało mu się sprzęgnąć obu sprzętów i cofający się ciągnik przycisnął go do przyczepy. Zostawmy to bez komentarza.
Elżbieta Grzybowska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości