Słupno jest miejscowością doskonale znaną płocczanom. To tu budują swoje domy, nie tylko letniskowe. Miejscowość, malowniczo otoczona lasami, tylko z pozoru jest spokojna. Z pozoru, ponieważ od kilku lat (dziś już nikt nie potrafi określić dokładnie, kiedy i od czego się zaczęło) w rdzennej części miejscowości dosłownie wrze.Konflikt dotyczy rodziny G., jej sąsiadów, a pośrednio wszystkich znających temat. I nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ nikt nie jest w stanie zachować obojętność wobec wydarzeń, które bulwersują otoczenie. Rodzina G. sprowadziła się do Słupna dwadzieścia kilka lat temu. Na kupionej od sąsiadów S. działce zbudowali fermę lisów i dom. Wiodło się im dobrze, bo choć ciężko pracowali, przynosząca wysokie dochody ferma pozwalała nie martwić się o sprawy materialne. Małżeństwo G. dochowało się trójki dzieci (dziś są już wnuki). Tyle tylko, że dziś już ono nie istnieje, jakiś czas temu rozwiedli się. Do tej decyzji wiodła pokrętna i niemożliwa do wyjaśnienia do końca droga. Doprowadzone kiedyś do rozkwitu gospodarstwo zostało zniszczone i zdewastowane. Teresa G. szuka pomocy w naszej redakcji. Zna winowajcę. W jej opinii jest nim jej były mąż: - Kobieta jest narzędziem pracy w rękach mężczyzny – rozpoczyna opowieść o swym nieudanym życiu. – Pracowałam ciężko z mężem 40 lat, wychowałam troje dzieci. Pomagałam sąsiadom, którym wiodło się gorzej, niż nam. Dziś po prostu nie mam życia. Mąż pił, bił i znęcał się nade mną fizycznie i moralnie, zdradzał. Tak jest do dziś. Sprzedał całą hodowlę, maszyny, dwa samochody Star. Z domu, który wspólnie pobudowaliśmy, wygonił na piętro. Odciął światło, wodę i centralne ogrzewanie. W takich warunkach żyję od pięciu lat. Mająca taki przebieg historia życia przeraża. Ale że, jak mówi przysłowie, kij ma dwa końce, z reporterską wizytą jedziemy sprawdzić, jak się ma rzecz na miejscu. Na szczęście Stanisław G. nie wita nas z siekierą, nie zdradza nawet symptomów agresji. Odpowiadając na postawione mu pytania, każe obejrzeć na przykład sufit w łazience: - Niech pani popatrzy – mówi. – Wodę jej odłączyłem, bo kiedyś specjalnie mnie zalała: przed wyjazdem odkręciła wszystkie krany – rzeczywiście, sufity w kilku pomieszczeniach noszą wyraźne znamiona porządnego zalania w przeszłości. – Prąd odłączyłem jej dlatego, że nie dokładała nic do rachunku. A dlaczego ja mam płacić za wszystko? Nasz rozmówca przedstawia własną wersję wydarzeń, ale prosi: - Tylko nie róbcie sensacji. Mówi, że powodem wieloletnich perturbacji z żoną są sprawy majątkowe: - Rzeczoznawca oszacował, że nasz majątek wart jest 3 mld starych zł. Żona chce wszystko zagarnąć, zrobić ze mnie łobuza i alkoholika, żeby pozbawić prawa do tej własności – uważa. W opinii kuratora zawodowego (wydanej cztery lata temu) czytamy: „W trakcie wywiadu ustaliłam, że małżonkowie G. pozostają ze sobą w konflikcie od około 4 lat. Momentami odnosi się wrażenie, że nie zawsze realnie oceniają swoje zachowanie”. W sporze stronę ojca trzyma starsza córka i najmłodszy syn. Druga z córek pomaga i wspiera matkę. Ona i inni Podczas wizyty w Słupnie Teresy G. niestety nie zastajemy w jej mieszkaniu na piętrze. Chcąc się jednak o tym przekonać, pokonujemy schody, na których leżą porozbijanie duże donice z kwiatami. W drzwiach brakuje klamki, co sprawia wrażenie opuszczenia miejsca. Rozmawiający z nami Stanisław G. nie kryje zdenerwowania: - Ona robi wszystko, żeby udało się mnie zamknąć, bo nie chce się podzielić majątkiem – twierdzi. Na zasadzie drążącej skałę kropli wody, konflikt rodzinny przekształcił się w ogólnowiejski. Dziś nikt w Słupnie nie pozostaje obojętny wobec sporu, który zatoczył szerokie kręgi. Zwłaszcza sąsiedzi S.: - To, co się tu wyprawia, nie jest do opowiedzenia, to trzeba samemu zobaczyć – przekonują. – To jest cały Meksyk. Teresa G. wyzywa nas od najgorszych wyrafinowanymi przekleństwami, rzuca kamieniami w nas, w nasze okna, zaatakowała kiedyś nasza starszą ciocię, która szła na cmentarz. Dobrze, że ciocia wcześniej ją zobaczyła i uciekła do najbliższego domu. Zaczepia nastoletnią córkę i syna. Jesteśmy przez nią znerwicowani, bo swoje ataki zaczyna od piątej rano – wyliczają sąsiedzi. – A widziała pani te doniczki, które leżą u niej na schodach? Już rok tak leżą. Ukradła je R., a kiedy ci się zorientowali i po nie poszli, to się wściekła i co mogła, to potłukła. Zdaniem sąsiadów, Stanisław G. nie bije żony i nie jest alkoholikiem. Czasami pije, bo jak się ma taką żonę, to nic dziwnego, że czasami trzeba wypić... Swoje racje ma jednak i Teresa G., która podczas kolejnej wizyty w redakcji pokazuje potężny siniak na udzie prawej nogi. To kolejny już powód do obdukcji: - Mam dużo obdukcji i dwie sprawy w sądzie o znęcanie się nade mną. To, co przeżyłam, to nie wiem, kto by przeżył – rozpacza kobieta. W sądowej opinii psychiatryczno-psychologicznej sprzed trzech lat dwóch psychiatrów i jeden psycholog z Wojewódzkiego Szpitala dla Nerwowo i Pychicznie Chorych w Gostyninie-Zalesiu, na zlecenie Sądu Rejonowego w Płocku zapisali: „Badana przyznaje, że oprócz męża, jest w konflikcie z sąsiadami. Bezpośrednią przyczyną było to, że spowodowała zamknięcie betoniarni należącej do R., gdzie pracowali S. i dlatego zaczęła się wojna. Mąż poprzeciągał sąsiadów na swoją stronę, i z niektórymi pił alkohol, innych przekupił [...]. Potwierdza, że często dochodziło do utarczek słownych z sąsiadami, zaprzecza jednak, aby kiedykolwiek groziła komuś czy używała wulgarnych słów. Kategorycznie zaprzecza, aby kiedykolwiek kogoś uderzyła”. Teresa G. mówi: - Kiedyś tyle pomagałam S., a teraz oni mnie biją. Ale jestem sama i nie mam świadków. Była przyjaźń W Słupnie mówią, że kiedyś rodziny G. i S. żyły ze sobą w wielkiej przyjaźni. A więc najpierw się kochali, a potem Teresa G. zaczęła podejrzewać męża, że zdradza ją z S.. I zaczęły się wojny: - G. na S. działa jak płachta na byka – twierdzi jeden z mieszkańców, który dziwi się, że gazeta chce pisać o tym konflikcie: - Bez sensu jest pisać o tym w gazecie, bo G. nikomu nie zagraża. Ona zaczepia tylko tych, którzy mają inne poglądy. Opinię tę potwierdza inny z naszych rozmówców: - G. zaczepia tych, którzy jej się nie podobają. W opinii osób, które konflikt znają od podszewki, Teresa G. nie zachowuje się niepoczytalnie. Jest zrozpaczona, sama, nie ma w nikim oparcia. W opinii sądowej czytamy, że nie jest chora psychiczne ani upośledzona umysłowo. Specjaliści nie stwierdzili u niej urojeń, omamów i innych objawów psychozy. Rozpoznali za to „encefalopatię pod postacią zespołu charakteropatyczno-otępiennego”. Przez to „zdolność do rozumienia znaczenia czynu i kierowania swoim postępowaniem była w znacznym stopniu ograniczona”. Gdyby było inaczej, Teresę G. można by było leczyć nawet bez jej zgody. Dyżurny lekarz psychiatra w Gostyninie-Zalesiu wyjaśnia: - W zasadzie wszystko musi być dobrowolne, za zgodą osoby. Są jednak dwa wyjątki: gdy ktoś zagraża własnemu życiu lub gdy stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia innych osób. Wtedy można skierować osobę na badania wbrew jej woli. W praktyce jest tak, że gdy ktoś zachowuje się agresywnie, najpierw wzywa się policję, potem pogotowie, które z kolei odwozi podejrzanego o chorobę psychiczną człowieka na badania. Zatwierdzenie przyjęcia osoby do szpitala bez zgody osoby musi wydać sąd. Nakaz sądowy, dotyczący leczenia kogoś w zakładzie zamkniętym, może załatwić rodzina. Ktoś, kto mieszka w Słupnie, ale nie bierze udziału w konflikcie, zauważa: - Moim zdaniem Teresa G. nie ma spójnego obrazu rzeczywistości. Ale faktem jest również to, że rodzina i sąsiedzi stosują wobec jej zachowań odwet i oddają z nawiązką za każde agresywne zachowanie. Ktoś inny dodaje: - Teraz ona szuka pomocy wszędzie, bo nikt jej nie obroni. Problem czy piekło We wsi mówią, że policja u G. interweniuje często i nawet dwie sprawy założyła przeciw Teresie G. Wiarygodnych informacji na temat liczby interwencji u G. nie udało się nam jednak uzyskać od policji z powodu „ochrony dóbr osobistych osób zaangażowanych w konflikt”. Zresztą dodajmy, że spraw w sądzie było już co najmniej kilkanaście i w tej chwili jest kilka. Skarżą się wszyscy: Teres G. przeciw mężowi, S. przeciw Teresie G. itd. itp. itd. Wójt gminy stwierdza krótko: - To trudna, rodzinna sprawa. Stanisław G.: - Jest piekło. Żona nie panuje nad sobą i odgraża się, że wszystko spali. Sąsiedzi S.: - Ani prokuratura, ani sąd, ani policja – nikt nam nie może pomóc. Teresa G. : - Nie mogę już patrzeć na to wszystko! Przykra sprawa, dylemat nie do rozwiązania, problem, czy ... piekło? Wydaje się, że pomocy potrzebują wszyscy zaangażowani w spór. Wzajemne oskarżenia i narastające napięcie tworzą ciąg, który trudno przerwać. Na tym etapie konfliktu nie wiadomo już, kto jest chory, kto zdrowy i kto ma rację. Oby nie okazało się, że na pomoc i rozsądną ingerencję jest już za późno. I oby nie sprawdziły się złowieszcze słowa jednego z mieszkańców Słupna: - Ja już dawno powiedziałem, że tam dojdzie do tragedii ... Elżbieta Grzybowska Fot. Dariusz Ossowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze