Reklama

Każdy ma swoją rację w tym sporze - Skończy się tragedią?

24/05/2001 12:33
Słupno jest miejscowością doskonale znaną płocczanom. To tu budują swoje domy, nie tylko letniskowe. Miejscowość, malowniczo otoczona lasami, tylko z pozoru jest spokojna. Z pozoru, ponieważ od kilku lat (dziś już nikt nie potrafi określić dokładnie, kiedy i od czego się zaczęło) w rdzennej części miejscowości dosłownie wrze.Konflikt dotyczy rodziny G., jej sąsiadów, a pośrednio wszystkich znających temat. I nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ nikt nie jest w stanie zachować obojętność wobec wydarzeń, które bulwersują otoczenie. Rodzina G. sprowadziła się do Słupna dwadzieścia kilka lat temu. Na kupionej od sąsiadów S. działce zbudowali fermę lisów i dom. Wiodło się im dobrze, bo choć ciężko pracowali, przynosząca wysokie dochody ferma pozwalała nie martwić się o sprawy materialne. Małżeństwo G. dochowało się trójki dzieci (dziś są już wnuki). Tyle tylko, że dziś już ono nie istnieje, jakiś czas temu rozwiedli się. Do tej decyzji wiodła pokrętna i niemożliwa do wyjaśnienia do końca droga. Doprowadzone kiedyś do rozkwitu gospodarstwo zostało zniszczone i zdewastowane. Teresa G. szuka pomocy w naszej redakcji. Zna winowajcę. W jej opinii jest nim jej były mąż: - Kobieta jest narzędziem pracy w rękach mężczyzny – rozpoczyna opowieść o swym nieudanym życiu. – Pracowałam ciężko z mężem 40 lat, wychowałam troje dzieci. Pomagałam sąsiadom, którym wiodło się gorzej, niż nam. Dziś po prostu nie mam życia. Mąż pił, bił i znęcał się nade mną fizycznie i moralnie, zdradzał. Tak jest do dziś. Sprzedał całą hodowlę, maszyny, dwa samochody Star. Z domu, który wspólnie pobudowaliśmy, wygonił na piętro. Odciął światło, wodę i centralne ogrzewanie. W takich warunkach żyję od pięciu lat. Mająca taki przebieg historia życia przeraża. Ale że, jak mówi przysłowie, kij ma dwa końce, z reporterską wizytą jedziemy sprawdzić, jak się ma rzecz na miejscu. Na szczęście Stanisław G. nie wita nas z siekierą, nie zdradza nawet symptomów agresji. Odpowiadając na postawione mu pytania, każe obejrzeć na przykład sufit w łazience: - Niech pani popatrzy – mówi. – Wodę jej odłączyłem, bo kiedyś specjalnie mnie zalała: przed wyjazdem odkręciła wszystkie krany – rzeczywiście, sufity w kilku pomieszczeniach noszą wyraźne znamiona porządnego zalania w przeszłości. – Prąd odłączyłem jej dlatego, że nie dokładała nic do rachunku. A dlaczego ja mam płacić za wszystko? Nasz rozmówca przedstawia własną wersję wydarzeń, ale prosi: - Tylko nie róbcie sensacji. Mówi, że powodem wieloletnich perturbacji z żoną są sprawy majątkowe: - Rzeczoznawca oszacował, że nasz majątek wart jest 3 mld starych zł. Żona chce wszystko zagarnąć, zrobić ze mnie łobuza i alkoholika, żeby pozbawić prawa do tej własności – uważa. W opinii kuratora zawodowego (wydanej cztery lata temu) czytamy: „W trakcie wywiadu ustaliłam, że małżonkowie G. pozostają ze sobą w konflikcie od około 4 lat. Momentami odnosi się wrażenie, że nie zawsze realnie oceniają swoje zachowanie”. W sporze stronę ojca trzyma starsza córka i najmłodszy syn. Druga z córek pomaga i wspiera matkę. Ona i inni Podczas wizyty w Słupnie Teresy G. niestety nie zastajemy w jej mieszkaniu na piętrze. Chcąc się jednak o tym przekonać, pokonujemy schody, na których leżą porozbijanie duże donice z kwiatami. W drzwiach brakuje klamki, co sprawia wrażenie opuszczenia miejsca. Rozmawiający z nami Stanisław G. nie kryje zdenerwowania: - Ona robi wszystko, żeby udało się mnie zamknąć, bo nie chce się podzielić majątkiem – twierdzi. Na zasadzie drążącej skałę kropli wody, konflikt rodzinny przekształcił się w ogólnowiejski. Dziś nikt w Słupnie nie pozostaje obojętny wobec sporu, który zatoczył szerokie kręgi. Zwłaszcza sąsiedzi S.: - To, co się tu wyprawia, nie jest do opowiedzenia, to trzeba samemu zobaczyć – przekonują. – To jest cały Meksyk. Teresa G. wyzywa nas od najgorszych wyrafinowanymi przekleństwami, rzuca kamieniami w nas, w nasze okna, zaatakowała kiedyś nasza starszą ciocię, która szła na cmentarz. Dobrze, że ciocia wcześniej ją zobaczyła i uciekła do najbliższego domu. Zaczepia nastoletnią córkę i syna. Jesteśmy przez nią znerwicowani, bo swoje ataki zaczyna od piątej rano – wyliczają sąsiedzi. – A widziała pani te doniczki, które leżą u niej na schodach? Już rok tak leżą. Ukradła je R., a kiedy ci się zorientowali i po nie poszli, to się wściekła i co mogła, to potłukła. Zdaniem sąsiadów, Stanisław G. nie bije żony i nie jest alkoholikiem. Czasami pije, bo jak się ma taką żonę, to nic dziwnego, że czasami trzeba wypić... Swoje racje ma jednak i Teresa G., która podczas kolejnej wizyty w redakcji pokazuje potężny siniak na udzie prawej nogi. To kolejny już powód do obdukcji: - Mam dużo obdukcji i dwie sprawy w sądzie o znęcanie się nade mną. To, co przeżyłam, to nie wiem, kto by przeżył – rozpacza kobieta. W sądowej opinii psychiatryczno-psychologicznej sprzed trzech lat dwóch psychiatrów i jeden psycholog z Wojewódzkiego Szpitala dla Nerwowo i Pychicznie Chorych w Gostyninie-Zalesiu, na zlecenie Sądu Rejonowego w Płocku zapisali: „Badana przyznaje, że oprócz męża, jest w konflikcie z sąsiadami. Bezpośrednią przyczyną było to, że spowodowała zamknięcie betoniarni należącej do R., gdzie pracowali S. i dlatego zaczęła się wojna. Mąż poprzeciągał sąsiadów na swoją stronę, i z niektórymi pił alkohol, innych przekupił [...]. Potwierdza, że często dochodziło do utarczek słownych z sąsiadami, zaprzecza jednak, aby kiedykolwiek groziła komuś czy używała wulgarnych słów. Kategorycznie zaprzecza, aby kiedykolwiek kogoś uderzyła”. Teresa G. mówi: - Kiedyś tyle pomagałam S., a teraz oni mnie biją. Ale jestem sama i nie mam świadków. Była przyjaźń W Słupnie mówią, że kiedyś rodziny G. i S. żyły ze sobą w wielkiej przyjaźni. A więc najpierw się kochali, a potem Teresa G. zaczęła podejrzewać męża, że zdradza ją z S.. I zaczęły się wojny: - G. na S. działa jak płachta na byka – twierdzi jeden z mieszkańców, który dziwi się, że gazeta chce pisać o tym konflikcie: - Bez sensu jest pisać o tym w gazecie, bo G. nikomu nie zagraża. Ona zaczepia tylko tych, którzy mają inne poglądy. Opinię tę potwierdza inny z naszych rozmówców: - G. zaczepia tych, którzy jej się nie podobają. W opinii osób, które konflikt znają od podszewki, Teresa G. nie zachowuje się niepoczytalnie. Jest zrozpaczona, sama, nie ma w nikim oparcia. W opinii sądowej czytamy, że nie jest chora psychiczne ani upośledzona umysłowo. Specjaliści nie stwierdzili u niej urojeń, omamów i innych objawów psychozy. Rozpoznali za to „encefalopatię pod postacią zespołu charakteropatyczno-otępiennego”. Przez to „zdolność do rozumienia znaczenia czynu i kierowania swoim postępowaniem była w znacznym stopniu ograniczona”. Gdyby było inaczej, Teresę G. można by było leczyć nawet bez jej zgody. Dyżurny lekarz psychiatra w Gostyninie-Zalesiu wyjaśnia: - W zasadzie wszystko musi być dobrowolne, za zgodą osoby. Są jednak dwa wyjątki: gdy ktoś zagraża własnemu życiu lub gdy stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia innych osób. Wtedy można skierować osobę na badania wbrew jej woli. W praktyce jest tak, że gdy ktoś zachowuje się agresywnie, najpierw wzywa się policję, potem pogotowie, które z kolei odwozi podejrzanego o chorobę psychiczną człowieka na badania. Zatwierdzenie przyjęcia osoby do szpitala bez zgody osoby musi wydać sąd. Nakaz sądowy, dotyczący leczenia kogoś w zakładzie zamkniętym, może załatwić rodzina. Ktoś, kto mieszka w Słupnie, ale nie bierze udziału w konflikcie, zauważa: - Moim zdaniem Teresa G. nie ma spójnego obrazu rzeczywistości. Ale faktem jest również to, że rodzina i sąsiedzi stosują wobec jej zachowań odwet i oddają z nawiązką za każde agresywne zachowanie. Ktoś inny dodaje: - Teraz ona szuka pomocy wszędzie, bo nikt jej nie obroni. Problem czy piekło We wsi mówią, że policja u G. interweniuje często i nawet dwie sprawy założyła przeciw Teresie G. Wiarygodnych informacji na temat liczby interwencji u G. nie udało się nam jednak uzyskać od policji z powodu „ochrony dóbr osobistych osób zaangażowanych w konflikt”. Zresztą dodajmy, że spraw w sądzie było już co najmniej kilkanaście i w tej chwili jest kilka. Skarżą się wszyscy: Teres G. przeciw mężowi, S. przeciw Teresie G. itd. itp. itd. Wójt gminy stwierdza krótko: - To trudna, rodzinna sprawa. Stanisław G.: - Jest piekło. Żona nie panuje nad sobą i odgraża się, że wszystko spali. Sąsiedzi S.: - Ani prokuratura, ani sąd, ani policja – nikt nam nie może pomóc. Teresa G. : - Nie mogę już patrzeć na to wszystko! Przykra sprawa, dylemat nie do rozwiązania, problem, czy ... piekło? Wydaje się, że pomocy potrzebują wszyscy zaangażowani w spór. Wzajemne oskarżenia i narastające napięcie tworzą ciąg, który trudno przerwać. Na tym etapie konfliktu nie wiadomo już, kto jest chory, kto zdrowy i kto ma rację. Oby nie okazało się, że na pomoc i rozsądną ingerencję jest już za późno. I oby nie sprawdziły się złowieszcze słowa jednego z mieszkańców Słupna: - Ja już dawno powiedziałem, że tam dojdzie do tragedii ... Elżbieta Grzybowska Fot. Dariusz Ossowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości