Reklama

Kayah na żywo - Marzę o świętym spokoju

17/05/2001 13:06
Po żywiołowym koncercie na rynku Starego Miasta, Kayah uczestniczyła w konferencji prasowej i odpowiedziała na wszystkie pytania zadawane przez dziennikarzy. Dzięki temu mamy możliwość poznać artystkę z drugiej strony.Jak oceni Pani koncert, chyba trochę publiczność spała? - Zgadza się, trochę spali. Ja zawsze na scenie daję z siebie wszystko i tego samego wymagam od innych, także od publiczności. Liczebnie nie zawiedli, ale nie do końca się bawili. Czy jest jeszcze coś, o czym Pani marzy? - Oczywiście, że tak. Czasami jest to święty spokój, a czasami większe zrozumienie mnie przez innych. Czasami marzę o bardziej wymagającej publiczności, czasami o takiej pobłażającej. To zależy od dnia. Czasami marzy mi się także to, by ludzie odbierali mnie jak człowieka. Ja też mam słabości, jak wszyscy inni, jestem zrobiona z tego samego i też chcę sobie ułożyć życie, a nawet czasami zdarza mi się mieć bardziej skomplikowane życie. Życie na świeczniku wcale nie jest takie proste, nikogo do tego nie zachęcam. Czy to znaczy, że chciałaby Pani wrócić do tych czasów, kiedy była Pani jedną z dziewcząt w chórkach, osobą niemal anonimową? - Nie, nie chciałabym, w końcu to całe życie marzyłam, by zdobyć szczyty, marzyłam i dążyłam. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że traci się prywatność, że trzeba zapłacić za to poważną cenę. To wcale nie jest takie proste być stale w centrum uwagi. A co gorsze, to to wszystko nie dotyczy tylko mnie, osoby na to przygotowanej, która się o to starała. To samo dotyczy mojej rodziny. Są to normalni ludzie, mający dzień – noc, mimo tego, że ja mam noc – dzień. Oni mogą sobie tego nie życzyć, ale są na to narażeni. W trakcie koncertu mówiła Pani o tym, co wypisują niektóre kolorowe gazety. O tym śpiewa Pani też w piosence „Na językach”. Czy walczy Pani z fałszywymi informacjami na swój temat? - Słowa, które poprzedzały piosenkę „Na językach”, to nie była prawda o moim rzekomym rozwodzie. Mówią o bzdurach, które ludzie czytają, powtarzają. Prawda jest jedna, natomiast nieprawda ma wiele twarzy. Nawet nie mogę ich dementować. Bo co można zrobić, jeśli w 50 gazetach zostanie wydrukowana plotka. Moim zdaniem, nawet reagowanie na głupotę jest jej potwierdzaniem. Wywiady w poważnych gazetach, są zawsze autoryzowane, plotki nigdy. My nie musimy dementować, procesujemy się z tymi pismami. Jakie są Pani plany artystyczne na najbliższą przyszłość? - W tej chwili mam wielkie szczęście produkować płytę wielkiej artystce Ewie Bem. Jest naprawdę wielka, o czym się osobiście mogłam przekonać. Jej wspaniałą piosenkę „Podaruj mi trochę słońca” przez całe lata usiłowałam przekształcić, zaadaptować dla siebie. Piosenka jest rewelacyjna w swojej pierwotnej wersji i mam poważny problem, żeby coś z nią zrobić. Nie potrafię sobie z tym poradzić. 26 maja wystąpię w Sali Kongresowej na koncercie charytatywnym wraz z Cezarią Evorą, z którą ostatnio współpracujemy. Przygotowałyśmy cudowny teledysk, ale jako niecenzuralny nie może być emitowany w MTV. Nie, nie ma tam seksu, tylko obie palimy papierosy. Zainteresowanie współpracą wyraziła także Viera Bila, mamy zamiar w najbliższym czasie nagrać piosnkę Gipsy King, specjalnie dla niej i dla mnie napisaną. To jest wielka nobilitacja Zobaczymy jak będzie. Wizytowała Pani dom Wielkiego Brata w Sękocinie, co Panią do tego skłoniło? - Kiedy po raz pierwszy o tym usłyszałam, byłam przeciwna, uważałam, że jest to poniżej ludzkiej godności. A jednak jest to znak czasu. Ją w takim domu żyję cały czas. Moje własne życie ma większa wartość niż miliardy do wygrania. Ja sobie nie życzę paparazzich, nie życzę sobie podglądania i opisywania wszystkiego w gazetach. Jeśli moja rodzina ma konflikty, to są to nasze konflikty, a nie czytelników. Ja stale to podkreślam, że jestem normalną kobietą, tyle, że moja scena życia jest 5 metrów nad ziemią. Ale wracając do Big Brothera. Ogląda ten program kilka milionów ludzi, również moja rodzina. Czułam się zaszczycona, że mnie tam zaprosili. Ale przeżyłam szok, tam można zapaść na klaustrofobię. Oni mówią wprost, że znaleźli się tylko ze względu na możliwość wygrania pieniędzy. Ja nie udaję, że programu nie oglądam. Zaciekawiło mnie jak daleko mogą posunąć się ludzie, a potem już wpatrywałam się z ciekawości. Moje wejście było transmitowane na żywo, miało to oglądać około 6 mln. ludzi, chyba żaden z artystów nie może zrezygnować z takiej widowni. Trema mnie zjadała, bardzo się denerwowałam. Co Pani chciała osiągnąć wybierając się do Big Brathera? - Dla tych ludzi, którzy tam przebywają, na pewno oprócz pieniędzy, była też chęć zwrócenia na siebie uwagi. Ja również jako nastolatka chciałam zwrócić uwagę na siebie. Nie czesałam włosów, miałam dredy, każdą część garderoby nosiłam w innym kolorze, całe życie chciałam się wyróżniać. A kiedy to osiągnęłam, marzę o anonimowości. Chciałabym, by moje dziecko miało normalną mamę. Ja jestem taką samą mamą jak inne, tyle, że mam zbyt mało czasu dla mojego Roszka, który ma już 2,5 roku. Moje wczesne macierzyństwo przypadało na okres wytężonej pracy. Mój mąż z konieczności wycofał się z życia zawodowego, mówi, że on to zrobił, bym ja mogła kontynuować karierę, a cena jest taka, że kiedy pyta Roszka, gdzie jest mama, mały pokazuje na głośniki. Jaki jest Pani synek? - Taki sam jak wszystkie inne dzieci w tym wieku. I oczywiście ma gdzieś to, że jego mama jest popularna. Tak samo jak inne dzieci nie chce siusiać do nocnika, nie chce spać, często nie chce jeść. A to, że jego mama jest popularna, to miało też negatywny wpływ na dziecko. Nie miał mnie na co dzień. Staram się z nim spędzać każdą wolną chwilę, ale nie zawsze jest to możliwe. W każdym razie udało nam się spędzić wspólne wakacje. Jola Marciniak Fot. D. Ossowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości