Reklama

Jaka Palmowa, taka Wielka

05/04/2001 10:38
Tradycja obchodzenia Niedzieli Palmowej pochodzi od Jezusa, który przed Swoją męką jechał na osiołku do świątecznej Jerozolimy. Rozścielano przed nim płaszcze, zrywano gałęzie z drzew palmowych i śpiewano: „Hosanna na wysokości!”.Te palmowe gałązki, zerwane w jerozolimskich ogrodach dla uczczenia Chrystusa, półtora tysiąca lat później stały się w polskiej produkcji wierzbową witką ze srebrnymi kotkami. Upiększano je kolorowymi wstążkami, układano w bukiety barwionych traw i drobnych, suchych kwiatków. Każdy region w Polsce miał tylko sobie właściwą formę palmy. Zawsze jednak baźki były w tym dniu najważniejsze. Poświęcone podczas mszy św. nabierały niezwykłej mocy; połknięte – chroniły od chorób gardła i suchot, spalone – stawały się pokutnym popiołem ze środy popielcowej, zatknięte na rogu pola – chroniły rośliny przed szkodnikami, a ustawione w oknie podczas burzy – odwracały pioruny. Po mszy św. uderzano się nimi nawzajem, życząc sobie zdrowia, urodzaju i bogactwa. Bywało jednak, że gałązki służyły do zupełnie innych celów – młodzież smagała się nimi nie na żarty. Księża zabraniali tego, ale chłopcy nie byli zbyt posłuszni i dalej okładali się palmami, wołając: Palma bije, nie zabije! – to, aby uderzony nie gniewał się, albo: Za sześć noc – Wielkanoc; Późno kładź się, rano [wcześnie] wstawaj – uderzenie powinno o tym przypominać. Bicie palmami miało, być może, związek z tradycjami pokutnego biczowania się w okresie Wielkiego Tygodnia, a także nawiązywało do męki Chrystusa. W Kwietnią Niedzielę (tak nazywano też Niedzielę Palmową) święcono również gałązki modrzewia, barwinku, bukszpanu. Robiono też palmy z trościny, czyli trzciny z kitą, wyciętej w czasie, kiedy była jeszcze zielona, schowanej i wysuszonej na strychu. Przygotowywana w ten sposób zachowywała zieleń. Trościnę wiązano w bukiet razem z leszczyną i baźkami, i okręcano nowym batem. Po poświęceniu ściągano bat, aby użyć go podczas pierwszego wyjścia w pole, uważając, że od takiego bata konie lepiej chodzą. Jeśli Wielkanoc przypadała później, baźki były już duże, złociście kwitnące i rozsypywały drobiny pyłku, od którego niejeden zdrowo kichnął, stojąc w ciżbie podczas sumy. Kiedy już święty obowiązek niedzielny został spełniony, czekał długi dzień odpoczynku. Za Augusta spędzano go tak, jak zanotował ks. J. Kitowicz: (E. Ferenc, Polskie tradycje świąteczne) przy farnych kościołach, przy których znajdowały się szkółki patriarchalne, zażywano do procesji chłopców kilku lub kilkunastu ozdobnie przybranych, z bukietami z boku przypiętymi i palmami, chustką jedwabną lub muślinową, fontaziem, czyli węzłem wstążkowymi przywiązanymi, w ręku. Te dzieci, w penym zastanowieniu procesyi, w rząd uszykowane, prawiły oracyje wierszem złożone po kolei, z jednego końca do drugiego ciągnionej, albo też przez trzeciego do zwartego wyrywanej. Materyja tych oracyj była: wjazd Chrystusów do Jeruzalem i przyszła męka Jego. Po takiej deklamacyi pobożnej też dzieci miewały inne oracyje śmieszne: o poście, o śledziu, o kołaczach wielkanocnych, o nuzy szkolnej i inne tym podobne. Gdy dzieci skończyły swoje perory, wysuwali się z tyłu na czoło doroślejsi chłopaczkowie, a czasem i słuszni chłopi, ubrani po dziwacku za pastuchów, za pielgrzymów, za olejkarzów [sprzedających wonności], za żołnierzów, przyprawiając sobie brody z konopii albo z jakiej skóry sierścią okrytej kożuchy futrem do góry wywróciwszy. Ci zaś, co żołnierzów udawali, na głowie mają infuły z papieżem wyklejone, obuch drewniany, usmolony w ręku, z kart grackich [do grania] zrobione flintpasy [pasy do flint, strzelb] i ładownice i szablę przy boku drewnianą; którzy nie mieli wąsów i brodów, robili sobie z sadzy z tłustością zmięszanych pręgę wzdłuż nosa, druga wzdłuż brody i dwie pod nosem w górę zakrzywione na kształt wąsów. Każdy z tych oratorów prawił perorę do postaci – jaką wziął na siebie – przystosowaną, z samych śmiesznych wyrazów ułożoną. Po odbytych w kościele perorach rozbiegali się, a wszyscy oratorowie, tak palmowi jako też obuchowi, po domach, po szynkowniach i nawet po pałacach, gdzie tylko wcisnąć się mogli, prawiąc wszędzie głosem natężonym i bijąc co trzecie słowo obuchem o ziemię lub laską pielgrzymską wstrząsając, ku audytorom swoim perory w kościele powiedziane, a pielgrzymi na dowód peregrynacji swojej różne osobliwości z torby wyjmując i pokazując: zęby końskie, kołtony, czapczyska, boty zdarte, ogony bydlęce i inne przy tym rupiecie z śmieci wywleczone. Śliwicki, wizytator misjonarski, proboszcz warszawski św. Krzyża, najpierw zabronił kościoła swego tym nieprzystojnym oratorom, a za jego przykładem z wszystkich innych ich wygnano, zostawiwszy tylko według ceremoniału kościelnego dziecinne perory. Na Rzeszowszczyźnie, dwieście lat później, spotkać można było „żaczków”, którzy chodzili od chaty do chaty prosząc o jajka. Nosili ze sobą palmę i pasyjkę, i recytowali: Już nam tu nastała ta Kwietnia Niedziela – Będziemy witali Pana Zbawiciela [...]. Pan Jezus maluśki pogubił pieluszki, A was, gosposieńko, o jajeczko proszę. Wychodząc śpiewali „Któryś za nas cierpiał rany”. Ludowa prognostyka pogody objęła i ten dzień: Gdy w Palmową Niedzielę słońce świeci, będą pełne stodoły, beczki i sieci”. Powszechnie uważa się też, że aura z niedzieli palmowej przenosi się na wielkanocny poranek. (eg) Fot. archiwum Muzeum Mazowieckiego w Płocku Podpis: Niedziela Palmowa, Lipniki (Kurpie Zielone) 1994.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości