Tradycja obchodzenia Niedzieli Palmowej pochodzi od Jezusa, który przed Swoją męką jechał na osiołku do świątecznej Jerozolimy. Rozścielano przed nim płaszcze, zrywano gałęzie z drzew palmowych i śpiewano: „Hosanna na wysokości!”.Te palmowe gałązki, zerwane w jerozolimskich ogrodach dla uczczenia Chrystusa, półtora tysiąca lat później stały się w polskiej produkcji wierzbową witką ze srebrnymi kotkami. Upiększano je kolorowymi wstążkami, układano w bukiety barwionych traw i drobnych, suchych kwiatków. Każdy region w Polsce miał tylko sobie właściwą formę palmy. Zawsze jednak baźki były w tym dniu najważniejsze. Poświęcone podczas mszy św. nabierały niezwykłej mocy; połknięte – chroniły od chorób gardła i suchot, spalone – stawały się pokutnym popiołem ze środy popielcowej, zatknięte na rogu pola – chroniły rośliny przed szkodnikami, a ustawione w oknie podczas burzy – odwracały pioruny. Po mszy św. uderzano się nimi nawzajem, życząc sobie zdrowia, urodzaju i bogactwa. Bywało jednak, że gałązki służyły do zupełnie innych celów – młodzież smagała się nimi nie na żarty. Księża zabraniali tego, ale chłopcy nie byli zbyt posłuszni i dalej okładali się palmami, wołając: Palma bije, nie zabije! – to, aby uderzony nie gniewał się, albo: Za sześć noc – Wielkanoc; Późno kładź się, rano [wcześnie] wstawaj – uderzenie powinno o tym przypominać. Bicie palmami miało, być może, związek z tradycjami pokutnego biczowania się w okresie Wielkiego Tygodnia, a także nawiązywało do męki Chrystusa. W Kwietnią Niedzielę (tak nazywano też Niedzielę Palmową) święcono również gałązki modrzewia, barwinku, bukszpanu. Robiono też palmy z trościny, czyli trzciny z kitą, wyciętej w czasie, kiedy była jeszcze zielona, schowanej i wysuszonej na strychu. Przygotowywana w ten sposób zachowywała zieleń. Trościnę wiązano w bukiet razem z leszczyną i baźkami, i okręcano nowym batem. Po poświęceniu ściągano bat, aby użyć go podczas pierwszego wyjścia w pole, uważając, że od takiego bata konie lepiej chodzą. Jeśli Wielkanoc przypadała później, baźki były już duże, złociście kwitnące i rozsypywały drobiny pyłku, od którego niejeden zdrowo kichnął, stojąc w ciżbie podczas sumy. Kiedy już święty obowiązek niedzielny został spełniony, czekał długi dzień odpoczynku. Za Augusta spędzano go tak, jak zanotował ks. J. Kitowicz: (E. Ferenc, Polskie tradycje świąteczne) przy farnych kościołach, przy których znajdowały się szkółki patriarchalne, zażywano do procesji chłopców kilku lub kilkunastu ozdobnie przybranych, z bukietami z boku przypiętymi i palmami, chustką jedwabną lub muślinową, fontaziem, czyli węzłem wstążkowymi przywiązanymi, w ręku. Te dzieci, w penym zastanowieniu procesyi, w rząd uszykowane, prawiły oracyje wierszem złożone po kolei, z jednego końca do drugiego ciągnionej, albo też przez trzeciego do zwartego wyrywanej. Materyja tych oracyj była: wjazd Chrystusów do Jeruzalem i przyszła męka Jego. Po takiej deklamacyi pobożnej też dzieci miewały inne oracyje śmieszne: o poście, o śledziu, o kołaczach wielkanocnych, o nuzy szkolnej i inne tym podobne. Gdy dzieci skończyły swoje perory, wysuwali się z tyłu na czoło doroślejsi chłopaczkowie, a czasem i słuszni chłopi, ubrani po dziwacku za pastuchów, za pielgrzymów, za olejkarzów [sprzedających wonności], za żołnierzów, przyprawiając sobie brody z konopii albo z jakiej skóry sierścią okrytej kożuchy futrem do góry wywróciwszy. Ci zaś, co żołnierzów udawali, na głowie mają infuły z papieżem wyklejone, obuch drewniany, usmolony w ręku, z kart grackich [do grania] zrobione flintpasy [pasy do flint, strzelb] i ładownice i szablę przy boku drewnianą; którzy nie mieli wąsów i brodów, robili sobie z sadzy z tłustością zmięszanych pręgę wzdłuż nosa, druga wzdłuż brody i dwie pod nosem w górę zakrzywione na kształt wąsów. Każdy z tych oratorów prawił perorę do postaci – jaką wziął na siebie – przystosowaną, z samych śmiesznych wyrazów ułożoną. Po odbytych w kościele perorach rozbiegali się, a wszyscy oratorowie, tak palmowi jako też obuchowi, po domach, po szynkowniach i nawet po pałacach, gdzie tylko wcisnąć się mogli, prawiąc wszędzie głosem natężonym i bijąc co trzecie słowo obuchem o ziemię lub laską pielgrzymską wstrząsając, ku audytorom swoim perory w kościele powiedziane, a pielgrzymi na dowód peregrynacji swojej różne osobliwości z torby wyjmując i pokazując: zęby końskie, kołtony, czapczyska, boty zdarte, ogony bydlęce i inne przy tym rupiecie z śmieci wywleczone. Śliwicki, wizytator misjonarski, proboszcz warszawski św. Krzyża, najpierw zabronił kościoła swego tym nieprzystojnym oratorom, a za jego przykładem z wszystkich innych ich wygnano, zostawiwszy tylko według ceremoniału kościelnego dziecinne perory. Na Rzeszowszczyźnie, dwieście lat później, spotkać można było „żaczków”, którzy chodzili od chaty do chaty prosząc o jajka. Nosili ze sobą palmę i pasyjkę, i recytowali: Już nam tu nastała ta Kwietnia Niedziela – Będziemy witali Pana Zbawiciela [...]. Pan Jezus maluśki pogubił pieluszki, A was, gosposieńko, o jajeczko proszę. Wychodząc śpiewali „Któryś za nas cierpiał rany”. Ludowa prognostyka pogody objęła i ten dzień: Gdy w Palmową Niedzielę słońce świeci, będą pełne stodoły, beczki i sieci”. Powszechnie uważa się też, że aura z niedzieli palmowej przenosi się na wielkanocny poranek. (eg) Fot. archiwum Muzeum Mazowieckiego w Płocku Podpis: Niedziela Palmowa, Lipniki (Kurpie Zielone) 1994.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze