Reklama

Impresje z Tumskiego Wzgórza - Najpiękniejsza Wielkanoc

28/03/2002 13:34
Najpiękniejsza Wielkanoc była zawsze w Farze płockiej, w kościele mojego dzieciństwa. W Wielki Czwartek piekły się baby i strucle wielkanocne, które odnosiłyśmy do piekarni na ulicy Sienkiewicza i szybko biegłyśmy do katedry na wielkie i niezwykłe dla dziecka wielkoczwartkowe nabożeństwo.W Wielki Piątek od rana szło się do Fary, niekiedy tylko w sweterku angorkowym, bo tak było ciepło. Trzeba było jak najszybciej zająć klęcznik obity bordowym pluszem i wśród hortensji chłonąc nastrój niezwykłego dnia, patrzeć jak kobiety w chustkach na głowie, z różańcem w ręku przyklękały na posadzce i całowały stopy Chrystusa. Wszystko odbywało się w niezwykłej ciszy, a mrok i światło w Farze przenika się wzajemnie, istniało w ostrych kontrastach, szczególnie w oknach od strony Wisły. Szepty ludzi mieszały się z odgłosem kroków tych, co dopiero z powagą wchodzili do kościoła, podążając do Grobu, otoczonego mnóstwem kwiatów. Hortensje i hiacynty już na zawsze stały się dla nas kwiatami Wielkanocy. W kościele nieustannie ktoś szeptał. Zdawało się, że nawet płakał. W pustym, jak się nam wydawało, konfesjonale, poruszył się nagle ksiądz, wychylił i spojrzał na Farę, pogrążoną w uroczystym żałobnym skupieniu, zrozumiałym dla dorosłych. My to skupienie przyjmowaliśmy na siebie, by we wszystkim gorliwie uczestniczyć! Zdarzało się, że w Wielki Piątek nagle zmieniała się pogoda. Zrywał się wiatr, padał deszcz, po niebie ciągnęły się chmury i darły o wieże katedry. W taki pochmurny dzień i nadchodzącą noc strach było dla dziecka pomyśleć, jak Jezus, szedł sam na Górę Oliwną. Tylko nastrój panujący w Farze, powaga ludzi, ich spokój i piękno kwiatów chroniły od trudnych myśli. Gdy wieczorem wychodziło się z Fary, powietrze pachnące wiosną zdawało się lekko przydymione, a zachodzące słońce niknęło gdzieś za linią lasu na lewym brzegu Wisły. W Wielką Sobotę, zazwyczaj słońce było wszędzie, rozwiane po całej ulicy i odpoczywające różowymi blaskami na ścianie budynku po przeciwnej stronie. Jest tam od zawsze do dziś! Powtarzalność niektórych zjawisk jest piękna i zadziwiająca, bo przecież wszystko przemija, ale i powraca, nawet Wielka Sobota, z najodleglejszego dzieciństwa, kiedy z siostrą szłyśmy do Fary, odświętnie ubrane, w jasnych płaszczykach z aksamitnym kołnierzem i mankietami, w nowych, białych, ażurowych podkolanówkach i nowych butach. Niosłyśmy koszyk ze święconym. Czasem był to mały koszyczek wiklinowy ozdobiony serwetką, borówkami, a czasem koszyk zrobiony przez mamę z białych nici na szydełku i usztywniony krochmalem i cukrem. Cóż to było za cudo! Drogę do Fary dzieliłyśmy na odcinki, liczyłyśmy kroki, żeby jak najdłużej i najsprawiedliwiej trzymać koszyk w rękach. Zawsze nad głową, za plecami, po parzystej stronie ulicy, południowej, czułam wielkosobotnie, rozwiane słońce. Żeby nie wiem, co się działo, zawsze w Wielką Sobotę, nad ulicą Sienkiewicza, nad pocztą i nad wielkimi drzewami na moim podwórku wisiał świąteczny księżyc. Widziałyśmy go po powrocie z wieczornego nabożeństwa, rozbrzmiewającego na zakończenie gromkim i radosnym Alleluja. W domu panował uroczysty spokój, z radia płynęła muzyka J.S. Bacha, po pokoju roznosił się zapach lukrowanych, drożdżowych bab i strucli, a jeśli zdarzyło się to szczęście, że na Wielkanoc przypłynęły statki i był z nami ojciec, to jedliśmy pomarańcze i chałwę, wielki przysmak dzieciństwa. W jedną bardzo ciepłą Wielkanoc, przy końcu kwietnia 1962 r., na Jerzego i Wojciecha odprowadzałyśmy ojca na statek. Byłyśmy w letnich sukienkach, tak nas zaskoczyła wiosna, więc nie sposób jej zapomnieć. Czytałam wtedy „Lalkę” Bolesława Prusa za Tum poszłam z książką i już raz na zawsze kojarzyłam sobie Wielkanoc z tą piękną powieścią, a Izabelę Łęcką widziałam w wyobraźni, w katedrze. Statek odpłynął w stronę zachodu i zabrał tę piękną Wielkanoc ze sobą, w wiślane dale. A jaka piękna była Wielkanoc na łąkach Popłacina, skąd widać panoramę Płocka, całe Wzgórze Tumskie z Farą, katedrą, „Małachowianką”, „Górkami”. Brat mojej Mamy malował te łąki i grał tam na skrzypcach, gdy świat był łagodniejszy. Jedną Wielkanoc spędzaliśmy w Dobrzykowie, na barce i na lądzie, gdzie w słońcu lśniły bazie. Pamiętam chłodną, ze śniegiem w lesie Wielkanoc w Brodach Dużych, przez które nie przebiegała wówczas droga do Wyszogrodu i do Warszawy. Chłód i wilgoć gałęzi sosnowych, pokrytych cienką warstwą śniegu mógł kojarzyć się z Bożym Narodzeniem, ale nie pozwoliła na to wiosenna odwilż. Nie zapomnę Wielkanocy w Zakrzewie, na weselu kuzynki. Z ganku zakrzewskiego domu widać było kępę wiślaną, słońce zachodzące za kościołem w Kępie Polskiej. Zdawało się, że cały świat niesie ze sobą piękno i spełnienie nadziei. Chłód i smak weselnych wędlin, serników i rzodkiewek płukanych studzienną wodą mieszał się ze światem nadziei i cudu Zmartwychwstania, przetaczał się nad Wisłą, nad kępami, nad zamglonymi dalami i nad drogą z Kępy do Zakrzewa, gdzie weselał mały, drewniany kościół, otwierany pękiem olbrzymich kluczy. W tej chwili dostałam kartkę z Australii, od młodej poetki, która pisze, że „Święta Wielkanocne tuż, tuż... Nie ma tutaj babki wielkanocnej ani mazurka, makowca, sernika. Nie ma kolorowych pisanek i Śmigusa-Dyngusa. Wszystko inaczej”. Może więc zdąży na świąteczne śniadanie – do wszystkich rozrzuconych po świecie Polaków – moja najpiękniejsza Wielkanoc nad Wisłą. Wanda Gołębiewska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości