Najpiękniejsza Wielkanoc była zawsze w Farze płockiej, w kościele mojego dzieciństwa. W Wielki Czwartek piekły się baby i strucle wielkanocne, które odnosiłyśmy do piekarni na ulicy Sienkiewicza i szybko biegłyśmy do katedry na wielkie i niezwykłe dla dziecka wielkoczwartkowe nabożeństwo.W Wielki Piątek od rana szło się do Fary, niekiedy tylko w sweterku angorkowym, bo tak było ciepło. Trzeba było jak najszybciej zająć klęcznik obity bordowym pluszem i wśród hortensji chłonąc nastrój niezwykłego dnia, patrzeć jak kobiety w chustkach na głowie, z różańcem w ręku przyklękały na posadzce i całowały stopy Chrystusa. Wszystko odbywało się w niezwykłej ciszy, a mrok i światło w Farze przenika się wzajemnie, istniało w ostrych kontrastach, szczególnie w oknach od strony Wisły. Szepty ludzi mieszały się z odgłosem kroków tych, co dopiero z powagą wchodzili do kościoła, podążając do Grobu, otoczonego mnóstwem kwiatów. Hortensje i hiacynty już na zawsze stały się dla nas kwiatami Wielkanocy. W kościele nieustannie ktoś szeptał. Zdawało się, że nawet płakał. W pustym, jak się nam wydawało, konfesjonale, poruszył się nagle ksiądz, wychylił i spojrzał na Farę, pogrążoną w uroczystym żałobnym skupieniu, zrozumiałym dla dorosłych. My to skupienie przyjmowaliśmy na siebie, by we wszystkim gorliwie uczestniczyć! Zdarzało się, że w Wielki Piątek nagle zmieniała się pogoda. Zrywał się wiatr, padał deszcz, po niebie ciągnęły się chmury i darły o wieże katedry. W taki pochmurny dzień i nadchodzącą noc strach było dla dziecka pomyśleć, jak Jezus, szedł sam na Górę Oliwną. Tylko nastrój panujący w Farze, powaga ludzi, ich spokój i piękno kwiatów chroniły od trudnych myśli. Gdy wieczorem wychodziło się z Fary, powietrze pachnące wiosną zdawało się lekko przydymione, a zachodzące słońce niknęło gdzieś za linią lasu na lewym brzegu Wisły. W Wielką Sobotę, zazwyczaj słońce było wszędzie, rozwiane po całej ulicy i odpoczywające różowymi blaskami na ścianie budynku po przeciwnej stronie. Jest tam od zawsze do dziś! Powtarzalność niektórych zjawisk jest piękna i zadziwiająca, bo przecież wszystko przemija, ale i powraca, nawet Wielka Sobota, z najodleglejszego dzieciństwa, kiedy z siostrą szłyśmy do Fary, odświętnie ubrane, w jasnych płaszczykach z aksamitnym kołnierzem i mankietami, w nowych, białych, ażurowych podkolanówkach i nowych butach. Niosłyśmy koszyk ze święconym. Czasem był to mały koszyczek wiklinowy ozdobiony serwetką, borówkami, a czasem koszyk zrobiony przez mamę z białych nici na szydełku i usztywniony krochmalem i cukrem. Cóż to było za cudo! Drogę do Fary dzieliłyśmy na odcinki, liczyłyśmy kroki, żeby jak najdłużej i najsprawiedliwiej trzymać koszyk w rękach. Zawsze nad głową, za plecami, po parzystej stronie ulicy, południowej, czułam wielkosobotnie, rozwiane słońce. Żeby nie wiem, co się działo, zawsze w Wielką Sobotę, nad ulicą Sienkiewicza, nad pocztą i nad wielkimi drzewami na moim podwórku wisiał świąteczny księżyc. Widziałyśmy go po powrocie z wieczornego nabożeństwa, rozbrzmiewającego na zakończenie gromkim i radosnym Alleluja. W domu panował uroczysty spokój, z radia płynęła muzyka J.S. Bacha, po pokoju roznosił się zapach lukrowanych, drożdżowych bab i strucli, a jeśli zdarzyło się to szczęście, że na Wielkanoc przypłynęły statki i był z nami ojciec, to jedliśmy pomarańcze i chałwę, wielki przysmak dzieciństwa. W jedną bardzo ciepłą Wielkanoc, przy końcu kwietnia 1962 r., na Jerzego i Wojciecha odprowadzałyśmy ojca na statek. Byłyśmy w letnich sukienkach, tak nas zaskoczyła wiosna, więc nie sposób jej zapomnieć. Czytałam wtedy „Lalkę” Bolesława Prusa za Tum poszłam z książką i już raz na zawsze kojarzyłam sobie Wielkanoc z tą piękną powieścią, a Izabelę Łęcką widziałam w wyobraźni, w katedrze. Statek odpłynął w stronę zachodu i zabrał tę piękną Wielkanoc ze sobą, w wiślane dale. A jaka piękna była Wielkanoc na łąkach Popłacina, skąd widać panoramę Płocka, całe Wzgórze Tumskie z Farą, katedrą, „Małachowianką”, „Górkami”. Brat mojej Mamy malował te łąki i grał tam na skrzypcach, gdy świat był łagodniejszy. Jedną Wielkanoc spędzaliśmy w Dobrzykowie, na barce i na lądzie, gdzie w słońcu lśniły bazie. Pamiętam chłodną, ze śniegiem w lesie Wielkanoc w Brodach Dużych, przez które nie przebiegała wówczas droga do Wyszogrodu i do Warszawy. Chłód i wilgoć gałęzi sosnowych, pokrytych cienką warstwą śniegu mógł kojarzyć się z Bożym Narodzeniem, ale nie pozwoliła na to wiosenna odwilż. Nie zapomnę Wielkanocy w Zakrzewie, na weselu kuzynki. Z ganku zakrzewskiego domu widać było kępę wiślaną, słońce zachodzące za kościołem w Kępie Polskiej. Zdawało się, że cały świat niesie ze sobą piękno i spełnienie nadziei. Chłód i smak weselnych wędlin, serników i rzodkiewek płukanych studzienną wodą mieszał się ze światem nadziei i cudu Zmartwychwstania, przetaczał się nad Wisłą, nad kępami, nad zamglonymi dalami i nad drogą z Kępy do Zakrzewa, gdzie weselał mały, drewniany kościół, otwierany pękiem olbrzymich kluczy. W tej chwili dostałam kartkę z Australii, od młodej poetki, która pisze, że „Święta Wielkanocne tuż, tuż... Nie ma tutaj babki wielkanocnej ani mazurka, makowca, sernika. Nie ma kolorowych pisanek i Śmigusa-Dyngusa. Wszystko inaczej”. Może więc zdąży na świąteczne śniadanie – do wszystkich rozrzuconych po świecie Polaków – moja najpiękniejsza Wielkanoc nad Wisłą. Wanda Gołębiewska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze