Któż z nas nie marzy o wielkiej, niesamowitej, fantastycznej i wspaniałej przygodzie filmowej? Któż z nas (nawet jeśli ukrywa tę tajemnicę na dnie serca) nie marzy o sławie i pieniądzach, które można zdobyć występując w jakiejś super produkcji? Tak więc niemal wszyscy marzą, a niewielki procent ludzi swoje marzenia realizuje.Do szczęśliwców należy Adonis Okonga Lodi, student III roku płockiej filii Politechniki Warszawskiej, rodem z Republiki Demokratycznej Konga (dawny Zair), który mieszka w Płocku od 1997 r. Został zaangażowany do filmu „Quo vadis” w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. Dzięki temu, że jest mówiącym po polsku młodym, czarnoskórym mężczyzną, przypadła mu w udziale rola jednego z niewolników, niosących lektykę z siedzącymi wewnątrz Markiem Winicjuszem (vel Pawłem Delągiem) i Petroniuszem (vel Bogusławem Lindą). Brał również udział w groźnym, choć fikcyjnym, pożarze Rzymu. Do super produkcji zaangażowano siedemdziesięciu aktorów i kilka tysięcy statystów. Oczywiście nie można pominąć dwudziestu lwów (kupionych specjalnie na potrzeby filmu) i jednego byka. Zdjęcia kręcono w Tunezji, Francji i Piasecznie pod Warszawą. Sceny ze zwierzętami, nawiasem mówiąc bardzo niebezpieczne, kręcone były w tajemnicy na Stadionie Warszawianki. Nikt z dziennikarzy nie widział także uczty u Nerona. Kręcono ją długo, bo aż tydzień. Neron – Michał Bajor, musiał tysiąc razy powtarzać „Pieśń Cezara”. Tyle ciekawostek, aczkolwiek bardzo istotnych. Choćby z tego powodu, że w wydarzeniu „Quo vadis” przez kilka dni uczestniczył znany płocczanom od trzech lat Adonis Okonga Lodi. Nasz filmowy (choć nie tylko) bohater przyjechał do Polski na studia pod koniec września 1996 r. Opuścił rodzinny Zair, który od kilku lat nazywa się Republiką Demokratyczną Konga, pozostawiając w niej wszystkich najbliższych. Najpierw wraz z kolegami, którym tak jak i jemu przyznano stypendium na naukę, trafił do Łodzi. Przez rok (!) nauczył się języka polskiego. Na tyle dobrze, że mógł rozpocząć studia na polskiej uczelni. Nie miała to być jednak żadna z tych szkół wyższych, które zajmują w ogólnopolskich rankingach ostatnie miejsca, ale ... Uniwersytet Jagielloński: - Nie zdecydowałem się na wyjazd do Krakowa, ponieważ moi koledzy dostali skierowania na uczelnie łódzkie i warszawskie. Chciałem być bliżej nich. Wybór padł na Płock, ponieważ na tutejszej Politechnice Warszawskiej jest wydział chemii, który mnie interesował – opowiada o swych pierwszych krokach w Polsce Adonis Okonga Lodi. Do Płocka przyjechał w 1997 r. Aktualnie studiuje na trzecim roku i jest jedynym czarnoskórym studentem w mieście. Od dwóch miesięcy - żonaty. Przygoda z filmem Na plan filmu, na premierę którego Polacy czekają tak z ciekawością, jak i niepokojem, student Politechniki Warszawskiej trafił dzięki swojemu koledze-rodakowi, zarejestrowanemu w jednej z warszawskich agencji artystycznych: - Poszukiwano akurat ciemnych facetów czyli młodych, silnych, czarnoskórych mężczyzn, mówiących po polsku. Razem z kolegami z Konga doskonale do tego opisu pasowaliśmy. No i najważniejsze, że wszyscy mówimy dobrze po polsku. Razem zebrało się nas dziesięciu znajomych. Spotkaliśmy się wszyscy w Warszawie w jednym miejscu, skąd pewnego wrześniowego dnia zostaliśmy zawiezieni do Piaseczna, gdzie kręcono między innymi pożar Rzymu – relacjonuje. Wszystkich zatrudniono w charakterze statystów-niewolników. Filmowe stroje stanowiły tuniki na krótki rękaw, przepasane szerokim, skórzanym pasem i sandały na nogach. Do tego dołożyć jeszcze należy pas, który statyści zarzucali na ramię, ażeby drewniana lektyka nie uwierała zbyt mocno. Cały wrzesień był w Polsce zimny i deszczowy (zresztą ekipa filmowa miała pecha do pogody przez cały czas zdjęć, np. w Tunezji z powodu deszczu dwa razy je odwoływano), więc podczas przerw tak aktorzy, jak i statyści, zakładali coś cieplejszego. Dlatego na zdjęciu Adonis Okonga Lodi jest ... w jeansach. Stoi obok swego narzędzia pracy czyli lektyki, na tle Forum Romanum: - Na planie filmowym nosiliśmy na przenośnym tronie Petroniusza i Marka Winicjusza czyli Bogusława Lindę i Pawła Deląga. Było ciężko, ale musieliśmy sceny powtarzać wielokrotnie. Wprawdzie reżyser, miły, starszy człowiek mówił, żeby nam dano spokój, ale pozostali realizatorzy byli nieugięci i filmowe klapsy z naszym udziałem rozlegały się często. Zdecydowanie cięższy wagowo był ważący 94 kg Deląg: - Wiem, bo go o to sam z ciekawości zapytałem – wyjaśnia sekrety aktorów nasz rozmówca. – Linda był znacznie lżejszy. Podczas zdjęć w Tunezji z konia spadł specjalista od koni, który sprawdzał go dla Winicjusza. Gdyby spadł Winicjusz, Adonisowi byłoby lżej ... Poza ciężarem lektyki, statystowanie nie nastręczało większych trudności, okazało się łatwe, lekkie i przyjemne. Poza tym praca na planie filmowym ułatwiała kontakt z idolami. Deląg był raczej zamknięty w sobie i trzymał się na dystans, nie zamierzając się z nikim spoufalać. W przeciwieństwie do Bogusława Lindy, do którego Zairczycy udali się z „gościnną wizytą”: - Bogusław Linda to mój ulubiony polski aktor. Kiedyś oglądałem film „Sara” z nim w roli głównej. Mówi w nim kwestię: „Nie umieraj, pojedziemy do Zairu, będziemy łowić ryby”. Zapytałem więc, czy on tam w ogóle był. Odpowiedział, że tak, ale 20 lat temu. Tak się złożyło, że w filmie gram właśnie w jego towarzystwie, co mnie bardzo ucieszyło. Linda był dla nas miły i otwarty, co mnie nawet trochę zaskoczyło. Wyobrażałem sobie, że ktoś ważny i sławny nie będzie chciał tak po prostu z nami rozmawiać. Zabawny epizod miał miejsce podczas rozmowy Zairczyków w rodzinnym języku lingalla: - Deląg zapytał Lindę, czy my rozmawiamy ze sobą po francusku (ten język jest urzędowym w naszym kraju). Linda zdecydowanie stwierdził, że to nie jest francuski – śmieje się Adonis Okonga Lodi. Praca w filmie bardzo mu się podobała. Nie zarobił zbyt wiele, ale ponad to przedkłada grę w filmie, co robił po raz pierwszy w życiu. Nie wie dokładnie, w których scenach filmu się znajdzie. Polubił reżysera i współpracowników, którzy byli, jego zdaniem, bardzo mili. Stwierdza, że po prostu było fajnie. Już marzy o następnej przygodzie filmowej. No i najważniejsze, że idol nie zawiódł. Bohatera naszej rozmowy zobaczymy na ekranach kin być może jesienią 2001 r. Do produkcji „Quo vadis” zużyto tysiące metrów taśmy filmowej. Budżet zamknął się w wysokości 20 mln dolarów. Mieszkańców naszego miasta może ucieszyć fakt, że wśród kilku tysięcy osób zobaczą w nim Adonisa Okonga Lodi z Płocka. Elżbieta Grzybowska Fot. archiwum Na zdjęciu: Adonis Okonga Lodi na tle filmowych dekoracji.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze