Gdyby mnie ktoś zapytał o idola wśród felietonistów, bez wahania wskażę Kisiela. To człowiek, który nigdy nie uległ żadnym "ukąszeniom", "dziecięcym chorobom" i tym podobnym słabościom dyskwalifikującym, przynajmniej w moich oczach, publicystę jako "autorytet intelektualny".Kisiel mógł się mylić, jak każdy człowiek zresztą, ale czytając jego tekst byłem pewien, że to jego własne poglądy, a nie moda, tendencja lub "trynd". Dlatego też, przy okazji, gdyby kiedyś na przykład Rada Miasta zapragnęła zmienić patrona jakiejś ulicy, to proszę pamiętać o Stefanie Kisielewskim. Nie przywołuję mego idola by go reklamować, ale dlatego, że zastanawiam się, co On by powiedział oglądając naszą rzeczywistość. Na przykład czytając w Bardzo Poważnym Tygodniku takie oto zdanie: Mimo spadku liczby najpoważniejszych przestępstw, liczba więźniów wciąż rośnie (to o USA). Albo w Bardzo Poważnym Dzienniku takie: Gdyby (jak zauważył pewien amerykański publicysta) 358 osób postanowiło zatrzymać po jakieś 5 milionów dolarów na życie, a resztę by rozdało, podwoiliby oni roczne dochody niemal połowy ludności ziemi... Prawdopodobnie machnąłby ręką. Bo przecież hipoteza, iż liczba przestępstw maleje właśnie dlatego, że liczba więźniów rośnie, jest dla takiego "intelektualisty" niepojęta. Podobnie "amerykański publicysta" nie jest w stanie wydedukować, że jego recepta jest genialna, ale na rok. Pytanie: co będziemy rozdawać w roku następnym? - już przerasta jego intelektualne kwalifikacje. Po tym przydługim wstępie przechodzę do rzeczy. W całym kraju, w naszym mieście też, strajkują pielęgniarki. Gdyby szukać przyczyny, trzeba by za Kisielem powiedzieć: rezultat. Jednak nie rezultat reformy, bo i przed reformą nie było im różowo, ale obietnic, że po reformie będzie lepiej. Takie były zapowiedzi. I spełniły się, tyle że częściowo. Obiecywano na przykład swobodę wyboru lekarza. I doświadczyłem jej na własnej skórze, gdy za radą lekarza pierwszego kontaktu (jak to się uczenie nazywa) starałem się umieścić dziecko w szpitalu w Warszawie. Otóż medycy warszawscy mieli taką koncepcję: oddam dziecko do szpitala płockiego, a tutejsi lekarze wystąpią do warszawskich o konsultację. Z trudem udało ich się przekonać, że zgodnie z "duchem reformy" nie ma szpitala w Płocku i w Warszawie, a są tylko szpitale na terenie Mazowieckiej Kasy Chorych. Zresztą placówka tylko przez telefon prezentowała się efektownie i "naukowo". W rzeczywistości okazała się skansenem żywcem przeniesionym z PRL - u. Tak więc ze swobodą wyboru bywa różnie. I tak samo z pieniędzmi. Miały one "iść za pacjentem". I ten pomysł udał się nad podziw. Forsa nie tylko "idzie za pacjentem", ale nawet "biegnie przed nim". Tyle, że w tym pędzie nie wszystkich zuważa. Pracownicy Kas Chorych, dyrektorzy szpitali, czy właściciele prywatnych przychodni mający kontrakty z kasami nie mogą narzekać (to nie plotki, ale informacje z pierwszej ręki!). I to bez względu na samopoczucie pacjentów. Pielęgniarki, niestety, mają mniej szczęścia. A ponieważ reforma obdziła nadzieje, czują się rozczarowane. Ale to było do przewidzenia. Proteza nigdy nie będzie prawdziwą nogą. A jak nauczał Kisiel, prawdziwa gospodarka polega na tym, że każda firma ma jednego właściciela (czasem dwóch lub trzech), który nią zarządza. A wszelkie biurokratyczne twory, to tylko prawdziwej gospodarki proteza. I najlepiej na tym wychodzą ci, co protezy wytwarzają.
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze