Ostatnio słyszę takie historie, że zastanawiam się, gdzie ja właściwie żyję? Nie chodzi tym razem o nasze piękne miasto, ale o perspektywę szerszą. Zaczęło się niewinnie. W mediach ogłoszono akcję przeciwko stosowaniu używek przez dzieci i młodzież. Chodzi przede wszystkim o narkotyki i alkohol.No i pięknie, bo problem rzeczywiście jest poważny. Tyle, że jacyś mędrcy wymyślili, iż do młodzieży należy mówić w języku młodzieżowym. Stąd projekty haseł reklamowych w rodzaju "olej to" itp. Trudno wątpić w skuteczność takiej metody, bo rzecz jest dawno sprawdzona. Wiadomo, że do żołnierzy czy budowlańców przełożony nie może przemawiać polszczyzną lansowaną przez Pana Prof. Miodka. Jeśli bowiem w zdaniu, oprócz "przecinków" typu k..., ch... i p... znajdą się więcej niż dwa słowa, tekst przestaje być dla adresata zrozumiały, a autorytet nadawcy leży w gruzach. Na dzieciach i młodzieży, o ile wiem, jeszcze tego rozwiązania nie testowano, ale może czas najwyższy? Jeśli akcja się powiedzie, można będzie zasięg nowej metody poszerzyć. Już widzę jak,dajmy na to, pani od polskiego wchodzi do klasy i mówi: wyjmijcie k...a kartki, będzie sprawdzian. Albo: co ty Kowalski p...sz, jak się jeszcze raz nie nauczysz, to ci tak k...a przy...lę, że się nogami nakryjesz! Skutek murowany! Tylko co na to ustawa o ochronie języka polskiego? To tylko przygrywka do rewelacji poważniejszych. Oto młody człowiek miał sympatię, a ona koleżankę. I ta koleżanka zachęcała ją do wspólnego wyjazdu na Sylwestra. Za granicę. Chłopcu się to nie spodobało, więc koleżankę zamordował. Dodatkowo, dla wszelkiej pewności, ciało utopił w rzece i spalił samochód. Metoda pewno równie skuteczna, jak "rzucanie mięsem" do młodzieży, choć nieco bardziej brutalna. Ale to jeszcze nie wszystko. Bo oto kinika onkologii z Katowic przestała podawać leki chorym na raka dzieciom. Być może niektóre przypłacą to życiem. A leków się nie podaje, bo ich zabrakło. A zabrakło dlatego, że pochodzą z importu, a od nowego roku zmieniły się w tym względzie przepisy. Ministerstwo powinno było przygotować listę niezbędnych do kontynuowania kuracji leków. Powinno, ale nie zdążyło. Lista ma być gotowa lada tydzień (mamy drugą połowę stycznia!). W telewizorze występuje Pan Wiceminister i ma świetne samopoczucie. Całą winę zwala na dyrektorów szpitali. Ministerstwo jest niewinne zupełnie. I co robić w tej sytuacji? Gadanie, nawet gęsto okraszone "mięsem" tu na nic. Tu trzeba chwycić "kałacha" i całe to ministerialne towarzystwo w milczeniu powystrzelać. A budynki spalić, żeby ślad nie pozostał. Na wymiar sprawiedliwości, nawet pod kierownictwem Lecha Kaczyńskiego raczej nie można liczyć. Gdyby lekarz popełnił błąd i spowodował śmierć pacjenta, może by go skazano. Jeśli któreś z tych dzieci umrze, urzędnikom w ministerstwie włos z głowy nie spadnie. Nie da się udowodnić bezpośredniego związku śmiertelnego zejścia ze zbrodniczym niedbalstwem urzędników, którzy na czas stosownego papierka nie przygotowali. Nie da się też skazać tych, którzy z nas uczynili niewolników biurokracji. Nie sądzę też, by ten incydent skłonił naród do refleksji w rodzaju: jak to jest - ludzie umierają nie dlatego, że medycyna nie może im pomóc, ale dlatego, że jakiś biurokrata nie wyprodukował na czas stosownego papierka? Spodziewać się należy np. takiej reakcji. Idzie dwóch robotników budowlanych "pod dobrą datą" i narzekają, że żona kolegi przepędziła ich z domu. Kiedyś - mówi jeden - baba nie miała nic do gadania, prała, sprzątała i gotowała obiady. Tak - odpowiada - drugi - wszystko przez tą "Solidarność".
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze