Koniec karnawału upływa nam pod znakiem protestów. W Warszawie poseł Janowski, znany z tego, że wypija wszystko co mu wrogowie zdradziecko podsuną, okupuje Ministerstwo Finansów. U nas w regionie rodzice walczą z pomysłem likwidacji szkół.Okupują, na wzór posła szkołę w Bedlnie, w Wałach zorganizowali bal, z którego dochód ma wspomóc gminę w finansowaniu tamtejszej szkoły, Rada Gminy Daszyna zlikwidowała szkołę w Drzykozach. I cóż można na to poradzić? Odpowiedź wydaje się prosta. Zamiast protestować i okupować, lepiej przyłożyć się do prokreacji. Szkoły się likwiduje, bo nie ma kto do nich chodzić. I nie przyjmuję do wiadomości tłmaczenia, że czasy ciężkie i na dzieci nas nie stać (dla jasności - sam mam troje). Za mojego dzieciństwa na wsi nie było lekko, nie mówiąc już o dzieciństwie moich rodziców. A mimo to rodzina z szóstką dzieci była czymś normalnym, a i powyżej dziesiątki też się zdarzało. I nie były to rodziny patologiczne. Ale wtedy się na wsi pracowało od rana do nocy. Teraz ziemia leży odłogiem (i kobiety najwyraźniej też). Nic się nie opłaca. Jednak zostawmy ten problem. Siłą nikogo do łóżka czy też stodoły się nie zagoni. Co mają zrobić rodzice, którzy dzieci mają i chcą, by się kształciły blisko domu? Uświadomić sobie, że monopol państwa na prowadzenie szkół już nie istnieje. Szkoła może być prywatna, albo społeczna! Co więcej, budżet wypłaca takiej szkole kwotę, jaką wydaje średnio na jednego ucznia w kraju. Jeśli nawet w małej szkole wiejskiej ten koszt byłby nieco wyższy od średniej krajowej, to przecież można tę różnicę dopłacić. Można też koszty obniżać, na przykład świadcząc na rzecz szkoły własną pracę, czy też dary w naturze. Zatem dajmy spokój z proteestami. Dogadajmy się z gminą (właściciel budynku), nauczycielami ( powinno im zależeć na tym, by nie utracić pracy), może z proboszczem (choć Kościól zadziwiająco niechętnie korzysta z możliwości wpływania na edukację młodych Polaków), zakładajmy spółkę i do roboty! A roboty będzie sporo, bo dotację o której wspomniałem wyżej otrzymują tylko szkoły posiadające uprawnienia szkól publicznych. A te przyznaje ministerstwo. Trzeba więc przebyć drogę krzyżową przez urzędnicze gabinety. Zatwierdzić programy, kadrę, lokal itd. Ale gdy cel zbożny, najtrudniejsza droga wydaje się spacerkiem. A wszystkim malkontentom pragnę przypomnieć, że wiele rzeczy w naszym pięknym kraju wydawało się niemożliwymi, a przecież są! Szkoły niepaństwowe też są, od podstawowych po wyższe. Tyle, że na ogół w miastach. I to mnie najbardziej dziwi. Bo przecież na wsi są one szczególnie potrzebne. W miastach mamy do wyboru szeroką ofertę: można posłać dziecko do dowolnej szkoły (rejonizacja już nie istnieje). Na wsi wyboru nie ma. Poza tym jest silna tradycja współdziałania. Od pomocy sąsiedzkiej przy żniwach czy młócce po wspólne budowanie drogi czy wodociągu. To co, wodociąg można, a szkoły nie? Z niecierpliwością czekam na przełamanie tej niemocy. W końcu kształcenie dzieci jest ważniejsze niż kawałek asfaltu, czy kran z bieżącą wodą w domowej łazience. Jeśli ktoś zechce spróbować i zwróci się do mnie, deklaruję pomoc. Parę lat w szkole przepracowałem, więc nie są to tylko takie tam teoretyczne dywagacje.
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze