Wielkanoc już za nami, ale wrócę do ludowych obyczajów świątecznych. Pierwszy to oczywiście "lany poniedziałek". Różnie w narodzie się go obchodzi. Od subtelnego pokrapiania perfumami po chamskie chluśnięcie wiadrem przez uchyloną szybę samochodu.Tę ostatnią "nową, świecką tradycję" policja tu i ówdzie obiecała czynnie zwalczać. Jak było, nie wiem, bo w mojej okolicy większych ekscesów nie zaobserwowałem, ale z migawek telewizyjnych wnioskuję, że ekscesy były, policjantów raczej nie. A szkoda, bo jednak wydaje mi się, że zasada "zero tolerancji" jest, szczególnie młodzieży dorastającej, pilnie potrzebna. Młodzież bowiem dorasta jakby przedwcześnie, jeszcze zanim zdoła się zaznajomić z tzw. kindersztubą. Kiedyś wystarczyło, że ojciec z matką wytłumaczyli młodemu człowiekowi jak daleko może się posunąć w kultywowaniu narodowej tradycji. Dziś autorytet rodziców, przynajmniej sporej części, to już tylko pobożne życzenie. A tu jeszcze akcja "dzieciństwo bez przemocy", czyli sugestywny instruktaż dla młodych ludzi na temat komunikacji interpersonalnej w rodzinie. Wiem, że cel jest szczytny, ale metoda... A na domiar złego już w piątek przyśpieszone "świąteczne lanie" urządził naszym dzielnym futbolistom potentat z Wodzisławia. I jak tu się znaleźć w dzisiejszym, brutalnym świecie? Pojechali chłopcy w nastroju świątecznym, z flakonikiem perfum, a tu ich "hanysy" potraktowali wiaderkiem! Byłoby jeszcze pól biedy, gdyby ten prysznic przyczynił się do przebudzenia "śpiących królewiczów". Gorzej, jeśli na tej fali "popłyną" do drugiej ligi. No, ale dość o dyngusie, bo mamy jeszcze inny, prastary zwyczaj. Święconka. W sobotę przedświąteczną kto żyw rusza z koszyczkiem do kościoła. To też zjawisko zadziwiające. Co właściwie tych ludzi skłania do porzucenia ostatnich przedświątecznych porządków i marszu do kościoła. Pomijam oczywiście tych, którzy kierują się względami religijnymi (czyli tych, co są w kościele w każdą niedzielę). Ale ze "święconką" idą prawie wszyscy! Podobnie jak do chrztu czy pierwszej komunii. To ostatnie rozumiem, bo są to fakty odnotowane w księgach parafialnych i wywierające wpływ na dalsze losy młodego człowieka (np. możliwość wzięcia ślubu kościelnego). Ale żaden proboszcz nie notuje, kto z parafian pofatygował się z koszyczkiem. Sąsiedzi, zajęci przygotowaniami świątecznymi, też "uchylających się" nie wyłapią. Rozumiem też, że koszyczek na wielkoanocnym stole powinien się pojawić, podobnie jak choinka na Boże Narodzenie. Ale przecież można go tam postawić bez wędrowania do kościoła. Gołym okiem nie widać, czy był wcześniej pokropiony, czy też nie. Więc o co chodzi? Kiedyś była to okazja do "pokazania się". Im bardziej okazałą święconkę przyniosło się do kościoła, tym większy prestiż. Ale ostatnio obserwuję daleko posuniętą standaryzację. Koszyczki nie różnią się specjalnie ani wielkością, ani "wystrojem". Co więc powoduje, że ludzie, którzy na codzień psioczą na kościół i księży, w Wielką Sobotę maszerują ze święconką? Fakt, że w tym dniu ksiądz nie zbiera na tacę chyba tego zjawiska nie tłumaczy. Przyznam, że jestem bezradny. A może Szanowni Czytelnicy pośpieszą z wyjaśnieniem? Najciekawsze opublikuję!
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze