Początek maja to matura. Z okna widzę grupy młodzieży w świątecznych mundurkach, maszerujących na egzaminy. Tym razem to nie oni jednak są przedmiotem szczególnej troski i zainteresowania, ale maturzyści przyszłoroczni. Grozi im bowiem zdawanie matury według nowych zasad. I nie wszystkim się to podoba.Są obrońcy młodzieży, również wśród polityków, którzy twierdzą, że na nowinki jest za wcześnie, że trzeba uczniów do nowych form przez cztery lata przygotowywać. Na czym polegają te nowe formy? Przede wszystkim ma być podział na egzamin wewnętrzny, zdawany przed komisją szkolną oraz zewnętrzny, który przeprowadza komisja kuratoryjna. Inny byłby też charakter zadań egzaminacyjnych. W czym problem? Czy chodzi o to, że trzeba przygotować młodzież do zdawania przed obcym egzaminatorem, czy też o to, że musi się nauczyć rozwiązywania testów zamiast pisania wypracowań? Bo nikt nie podnosi argumentu, że stara matura jest od nowej lepsza. Przeciwnie, od lat podkreśla się, że szkoła polska jest przestarzała, faszeruje uczniów zbędną wiedzą encyklopedyczną zamiast uczyć ich rozwiązywania problemów, czy też samodzielnego radzenia sobie w zmiennej rzeczywistości. Nowa matura miałaby wymuszać zmianę tego stanu rzeczy. Skoro tak, to po co czekać? Żeby pomniejszyć szanse rozwojowe jeszcze kilku roczników młodych ludzi? Czy nie lepiej od razu zakasać rękawy i do roboty? Zgoda, będzie trudno, ale co z tego? Trudne czasy wymagają poświęceń. A młodzieży wysiłek wyjdzie tylko na dobre. Przecież nie matura jest celem, tylko sukcesy w dorosłym życiu! No, chyba że chodzi o nauczycieli? Im rzeczywiście nie musi być śpieszno do weryfikacji dokonań przez pozaszkolne komisje. Ale pedagodzy są już przyzwyczajeni do wiatru w oczy... Jak już mówimy o szkole, to coś z naszego podwórka. Przez łamy prasy lokalnej przetacza się burza wywołana pomysłem Urzędu Miasta, by połączyć pewne małe liceum z pewnym dużym gimnazjum i utworzyć jednostkę organizacyjną, zwaną w minionym ustroju "kołchozem". Że Zarządowi ta forma nie jest wstrętną, dziwić się zapewne nie można. Jest natomiast wstrętna nauczycielom, rodzicom i uczniom owego liceum. Bronią więc swego, szermując argumentem, iż "małe jest piękne". Zarząd zdaje się owej estetycznej opcji nie podzielać i tu już zdziwienie jest na miejscu jak najbardziej. Można Zarządowi mianowicie przypomnieć świetlaną postać protoplasty - estety, Towarzysza Wiesława. Ów mąż stanu do powstania kołchozów w Polsce nie dopuścił i patrząc z góry (lub, jak zapewne sądzą niektórzy, z dołu) na poczynania swoich ideowych dzieci, zapewne rwie sobie włosy z ... Przepraszam, ale tyle czasu minęło... Dopiero teraz przypomniałem sobie ten portret wiszący w klasie z lewej strony godła państwowego. Zatem Towarzysz Wiesław, widząc poczynania swoich potomków, ma wielką ochotę wygłosić krótkie przemówionko "o wyższości małych socjalistycznych gospodarstw rolnych nad skolektywizowaną gospodarką wielkoobszarową". Ja wiem, że członkowie obecnego Zarządu w duchy generalnie nie wierzą, ale sformułowanie "Duch Towarzysza Wiesława" powinno skłonić ich do refleksji. Na pewno zaś poczynania władz skłaniają do refleksji "społeczeństwo". A w naszym kraju tak się jakoś porobiło, że działalność urzędów oceniana jest głównie przez pryzmat pytania: komu to służy? Czy dosadniej: kto komu chce dokopać, ewentualnie kto wziął, od kogo, ile i za co? Tzw. kryteria merytoryczne nie cieszą się szczególnym społecznym uznaniem.
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze