Na emeryturę Joanna Nawrocka-Szmulewicz odeszła w grudniu 2019 roku. Wcześniej była wykładowcą w Mazowieckiej Uczelni Publicznej w Płocku. Przez niemal 40 lat pracowała na to, by dziś mieć wieczne wakacje i robić to, na co przez zawodowe życie nie zawsze miała czasu. Jedną z jej pasji było i jest podróżowanie. Z okazji 60-tych urodzin, wraz z mężem wybrała się na wycieczkę do Tajlandii. To było spełnienie jednego z wielu marzeń.
Joanna całe życie pracowała na dwóch etatach. – Marzyłam o tym momencie, kiedy przejdę na emeryturę i będę mogła zająć się smakowaniem życia. Bardzo kocham podróżowanie, byłam w wielu miejscach, ale nadal jest mnóstwo takich krajów, miast, które bardzo chciałabym odwiedzić. Jak skończyłam 60 lat, to sobie wymyśliłam, że nie chcę wielkiej imprezy, tylko podróży do Tajlandii. Pojechaliśmy z mężem na 16 dni i była to niesamowita przygoda – rozpoczyna rozmowę.
Wycieczkę Joanna planowała od roku. Razem z mężem postanowili polecieć z biurem podróży, bo to za daleko, żeby samemu wszystko zorganizować. Nie da się ukryć, że długa, 9,5 godzinna podróż to wielkie wyzwanie zwłaszcza dla tych osób, które mają problemy ze zdrowiem. Dlatego trzeba było dobrze się do wyjazdu przygotować.
W tym kierunku Joanna nigdy nie wyjeżdżała. – Moją pasją zawsze były kraje arabskie, zwiedziłam niemal całą północną Afrykę, byłam na Bliskim Wschodzie, w Dubaju. Do Azji, z wyjątkiem tureckiej części tego kontynentu, nigdy wcześniej nie dotarłam. Tajlandia to miało być coś zupełnie innego i było – tłumaczy.
Planowanie podróży i wybranie kierunku zaczęło się od jednego ze studentów Joanny z płockiej uczelni. – Zawsze miałam bardzo dobry kontakt ze studentami, doskonale się dogadywaliśmy i utrzymywaliśmy kontakt po tym, jak kończyli studia. Jeden z nich nie mógł znaleźć w Polsce pracy i wyjechał do Chin, gdzie przez pięć lat uczył języka polskiego. Potem odwiedził Tajlandię i Bali, a wreszcie osiadł w Wietnamie. Jego opowieści, zdjęcia, wspomnienia sprawiły, że zaczęłam się bardziej interesować tym rejonem świata. Do tego doszły relacje z podróży po Azji mojej sąsiadki, która od lat jeździ na trzytygodniowe wyprawy, bo kocha Azję. Ja jeszcze nie do końca kocham, ale jestem na najlepszej drodze. W tym rejonie świata jest coś czarownego, tajemniczego, nie dziwię się, że ludzie tak chętnie tam spędzają wolny czas – mówi.
Kiedy więc przyszła pora na wybranie miejsca urodzinowej, niezwykłej podróży, padło na Tajlandię. – Nie chciałam żadnej imprezy urodzinowej, było tylko spotkanie z najbliższymi, wszystkie fundusze przeznaczyliśmy na podróż, chociaż nie mogę powiedzieć, że była to podróż mojego życia. Tak samo mówiłam o pobycie w Izraelu, Maroku, Dubaju, do tej listy moich podróży życia dołączyłam teraz Tajlandię. W planach mam jeszcze wyprawę do Bahrajnu i Kataru, nie wiem, czy to marzenie się spełni, bo wycieczki w tym kierunku rzadko dochodzą do skutku z powodu niewielkiego zainteresowania, ale wierzę że się uda – zapewnia Joanna.
Tryb wakacyjny
Joanna od razu, po ukończeniu 60. roku życia zdecydowała się na przejście na emeryturę i uznała, że życie zaczyna się po sześćdziesiątce. – Weszłam w taki tryb wakacyjny i nie zamieniłabym tego czasu na żaden inny. Wreszcie mam wolność i swobodę. Kiedy pracowałam, czas wakacji był czasem świętym, tylko dla odpoczynku, nie dla pracy. Tak mnie nauczyli rodzice, że zawsze muszą w domu być pieniądze na wakacje. A jak nie było, to przecież w grę wchodzi pożyczka. Odpocząć trzeba i kropka – tłumaczy.
Dlatego każdego roku, jeśli nie udało się wybrać w dalszą podróż, to chociaż był wyjazd po krajach europejskich, a także po Polsce. Tu również jest tyle tajemniczych, wspaniałych, często niedocenianych miejsc.
Od chwili istnienia portali społecznościowych Joanna po każdej podróży zamieszczała posty, licznie okraszone zdjęciami, których mnóstwo przywoziła z każdej podróży. Z czasem do tych relacji dochodziły refleksje, własne komentarze na temat aktualnej sytuacji, niekoniecznie politycznej, zwłaszcza społecznej.
– Bo ja kocham ludzi, interesuję się każdym człowiekiem, zwłaszcza tym, który ma problemy. Jestem solidarna z kobietami, jak odnoszą sukcesy, to jestem bardzo dumna z tego. Ale porusza mnie także niedola kobiet w Polsce, w świecie. Niestety jesteśmy mocno ograniczane w tym co możemy i co robimy. Dlatego wiele moich refleksji dotyczy propozycji, co zrobić, by życie było znośniejsze – mówi.
Od wpisów na portalach społecznościowych była już niedaleka droga do powstania bloga. – Wiele osób namawiało mnie, żeby pisać. Zresztą jestem polonistką i zawsze mi się marzyło, żeby zostać pisarką. Siedzieć w domu i pisać. Tak mi się jednak ułożyło życie, że pracowałam poza domem, ale blog to takie spełnienie marzeń. Jak odchodziłam z pracy, to byłam spełniona zawodowo, ale też wypalona. A teraz mogę robić to, co najbardziej lubię, podróżować, pisać, mieć kontakt z ludźmi – wylicza.
Blog „Manufaktura życia” składa się z czterech działów: Wspomnienia, Pani starsza na wychodnym, Podróże duże i małe oraz Refleksje i motywacje. – Nie minęły nawet trzy miesiące jak prowadzę bloga, a mam już niemal 7 tys. wyświetleń, 160 osób obserwujących, to moja duma. Jego siłą jest to, że na pewno nigdy nie będę na nim zarabiała, bo to jest moja pasja, którą mogę się dzielić – zapewnia.
I dodaje, że wielu obserwujących to jej dawni uczniowie i studenci, których losy stara się śledzić. Zdarza się, że trzeba komuś pomóc, wtedy nawet się nie zastanawia. Od razu organizuje pomoc, zbiera pieniądze, umawia spotkania, jedzie wiele kilometrów, jeśli trzeba kogoś odebrać z jakiegoś miejsca. Współpracuje między innymi z Fundacją Portal FM Pomagamy Dzieciom.
W głowie stale ma jakieś nowe pomysły
Joanna znana jest z tego, że zawsze można na nią liczyć. – Między innymi dlatego tak czekałam na emeryturę, żeby wreszcie poświęcić czas tym, którzy potrzebują pomocy. Zawsze byłam ciekawa ludzi, otwarta na ich potrzeby i gotowa porozmawiać, poszukać sposobu rozwiązania problemu, a jak trzeba, to choćby dać się wygadać – twierdzi.
Emerytura to także czas na spełnienie kulturalnych pasji. – Kocham sztukę, muzykę, teraz mogę prowadzić takie życie, że mam czas, by jeździć na koncerty, do teatru. Moje życie kulturalne, oczywiście przed wybuchem pandemii, było bardzo urozmaicone. Potrafiłam i chyba nadal potrafię bez planowania wsiąść do samochodu z wnukiem, żeby pojechać na koncert lub wystawę. Stale mam w głowie jakieś nowe pomysły, wędrówki w głąb siebie, a jak nie siebie, to innych – tłumaczy.
I zapewnia, że podróżowanie i korzystanie z kultury to wcale nie są jakieś wielkie wydatki. Jej zdaniem trzeba mieć priorytety, chcieć podróżować, zwiedzać nowe miejsca, mieć plany na kulturalną konsumpcję. – Wydaję pieniądze na to, co jest dla mnie ważne. Wiele rzeczy nie potrzebuję, staram się, żeby życie było ciekawe, bo tylko takie przynosi satysfakcję. Może dlatego mi się zawsze chce i zawsze opłaca.
W podróż do Tajlandii Joanna przygotowywała się przez cały rok. Wszystko sama załatwiła, ale potem szefem wyprawy był jej mąż Marcin. – Oboje jesteśmy starszymi ludźmi, ale mamy wspólne zainteresowania, lubimy razem spędzać aktywnie czas, choć z wielu powodów teraz to jest niemożliwe. Nie nudzimy się ze sobą. Znaleźliśmy wiele takich rzeczy, które są naszymi wspólnymi. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym z kimś innym wyjechać w tę podróż – zapewnia.
I wylicza, że lubi podróżować także z córką, z chrześniaczką, z wnukiem, także z koleżankami. Córka Joanna w tym roku świętować będzie 40. urodziny, w marcu, przed wybuchem pandemii miały obie lecieć do Bergamo, pospacerować nad jeziorem Como. Miały już zarezerwowany hotel, ale wszystko odwołały.
Pewnie Bergamo będzie musiało poczekać, podobnie jak Walencja, dokąd wybierała się 5 maja z chrześniaczką. Trzeba będzie tę podróż odłożyć, ale na kiedy, skoro już tyle innych pomysłów jest w głowie, tyle miejsc do odwiedzenia, tyle nowych ludzi do poznania.
Teraz, jak my wszyscy, zostaje w domu, najwięcej czasu spędza na swoim balkonie. Nie wiadomo, jak długo to potrwa, ale siedzenie w domu nie oznacza, że nie można wspominać, planować, marzyć, że wszystko wraca do normalności i znowu świat stoi otworem.
Wszystko wskazuje na to, że kiedy tylko będzie to możliwe, w pierwszą podróż Joanna wybierze się ze swoją córką. Będzie to urodzinowa podróż do Lizbony. To nowy pomysł, jest już kierunek, to do czasu aż będą mogły kupić bilety, będzie czas na przygotowanie całej wyprawy. – Na razie podróżuję do Portugalii mentalnie, wszystko sobie układam – twierdzi Joanna.
„Wracam we wspomnieniach, magicznych i czarownych do Tajlandii. To, o czym chcę napisać, to wisienka na torcie całej podróży, czyli kuchnia tajska, której nie można porównać do żadnej innej, która uruchamia zmysły smaku i zapachu, ale również fotozmysły wizualizujące na rolce pamięci niezapomniane obrazy kulinarne. Będąc w legendarnym Syjamie zdałam sobie sprawę, że Tajowie żyją, żeby jeść, spożywać, konsumować, jakbyśmy tego nie nazwali, to na pewno jedzenie jest wizytówką tego kraju. Przez szesnaście dni jedliśmy wszędzie, w eleganckich, hotelowych restauracjach, w tajskich knajpkach, w barach, ale też na ulicy w garkuchniach i straganach kulinarnych. Tajlandia to kraj, w którym dzięki klimatowi zwrotnikowemu, wszystko rośnie przez cały rok. Kiedy zbiera się jedne plony, następne czekają w kolejce, ciągle brakuje rąk do pracy w rolnictwie i ogrodnictwie. Jedzenie jest tanie, różnorodne i obłędne w kolorach i kształtach. Tam się je po prostu wszystko, z robakami włącznie. Jestem bardzo odważna i ciekawa w kosztowaniu nowych potraw, smaków, zapachów, ale niestety robaków i insektów nie dałam rady. Wprawdzie wyglądały apetycznie, usmażone w cieście, w głębokim tłuszczu, ale jakoś nie, no nie!!!.”
„Po drodze zatrzymujemy się w Parku Narodowym Erewan, bo dla ciała też coś trzeba zrobić. Egzotyczna przyroda, w otoczeniu której znajdują się siedmiopoziomowe wodospady, tworząc rajski krajobraz tak bajeczny, że miałam wrażenie, iż znajduję się w zaczarowanym świecie.
Można było oczywiście dojść do siódmego poziomu podziwiając zjawiskowe widoki, ale to już nie dla mnie, my zostajemy na drugim levelu. Jest wczesny ranek, nie ma turystów, cała niecka źródlana dla nas... Hahahaaaa!!! Jest niczym niezmącona cisza (wszyscy poszli na wyższe poziomy), ozdabiają ją, od czasu do czasu trele i świergoty ptaków, tworząc muzykę natury. Korzystamy na całego, pławiąc się w szmaragdowej czystej wodzie, w której widać dno z miałkim jasnożółtym, pastelowym piaskiem, z oswojonymi po trosze rybami Garra, które robią naturalny pedicure, choć jest to mało przyjemne, gdyż ryby są duże i po prostu gryzą. Ciepła woda otula ciało miękkością i aksamitem dając niezwykłe wrażenia dotykowe. Baraszkujemy, pływamy, uciekamy przed rybami „ludojadami”, wreszcie podpływamy pod wodospad. Aby doznać naturalnego masażu... Jest wesoło, uroczo, bajecznie.”
Jola Marciniak
fot. Archiwum Joanny
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze