Zaczął się już czerwiec, a póki co ceny truskawek biją rekordy. Kiedy kilkanaście dni temu pojawiły się w sprzedaży – mowa oczywiście o tych, które zostały wyhodowane w naszym kraju – ceny sięgały nawet 50 złotych za dużą łubiankę. Teraz to wydatek 40 złotych, chociaż mniejsze łubianki można kupić nawet za 20 złotych. Może popularne owoce nie mają „obrazkowego” wyglądu, ale są dość słodkie. Niestety ceny nie zachęcają – miejmy nadzieję, że to się zmieni – do zakupu. Wyjaśniamy, dlaczego tak się dzieje.
Powodów wysokich cen truskawek jest kilka. Przyjrzyjmy się im. Po pierwsze susza. Z jej powodu ucierpią wszystkie uprawy. – Padające w maju deszcze trochę poprawiły sytuację. Wiadomo, że nie wpłyną jednak znacząco na deficyt wód gruntowych – mówi Tomasz Ruszczak, hodowca truskawek z gminy Czerwińsk.
Nasz rozmówca zwraca jednak uwagę, że cztery – pięć lat temu sezon na truskawki rozpoczynał się już około 13 maja. W tym roku jest inaczej i to wcale nie susza jest tego przyczyną. – Chłód – mówi krótko Tomasz Ruszczak. – W tym roku temperatury w maju wyjątkowo odbiegają od normy. Z doniesień medialnych wynika, że może to być najchłodniejszy maj od początku pomiarów. Ja nie przypominam sobie takiej sytuacji. Dopiero 25 maja wykonaliśmy pierwszy zbiór, a to już powinna być pełnia sezonu. Na razie jest tylko sprzedaż detaliczna. Stąd wysokie ceny - tłumaczył w ubiegłym tygodniu nasz rozmówca.
Niska temperatura ma jednak pewien plus. – Truskawki dłużej dojrzewają, stąd ich słodycz. Gdyby było cieplej i zbiory odbywałyby się tak, jak w poprzednich latach, owoce nie dojrzewałyby tak długo – dodaje Tomasz Ruszczak.
Jest jeszcze jeden problem. Chodzi o pracowników sezonowych, którzy owoce zbierają. W ubiegłym tygodniu burzę w mediach wywołał minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski, który stwierdził w wywiadzie dla jednej z ogólnopolskich rozgłośni radiowych, że każda osoba pozostająca bez pracy powinna jej szukać, na przykład przy zbiorze truskawek. Minister zaapelował też, żeby do zbioru truskawek zgłosili się nauczyciele, dzięki czemu przeszliby testy wykrywające koronawirusa. Polacy na taką wypowiedź zareagowali błyskawicznie. W mediach społecznościowych pojawiły się żartobliwe obrazki przedstawiające zebrania rad pedagogicznych na polach.
Problem z pracownikami sezonowymi jednak istnieje. Chodzi tu głównie o obywateli Ukrainy, którzy w minionych latach pracowali u polskich rolników i hodowców. Nasz rozmówca na uprawach o powierzchni 10 hektarów zatrudnia około 40 osób. – W poprzednich latach pracownicy sezonowi z Ukrainy przyjeżdżali już w okresie świąt wielkanocnych. Teraz jest inaczej. Z powodu koronawirusa zamknięta jest część konsulatów na Ukrainie, co oznacza problemy z uzyskaniem pozwoleń. Kto mógł, przekroczył granicę, jednak wszyscy obywatele Ukrainy narzekają na problem z uzyskaniem wiz – mówi Tomasz Ruszczak.
Łatwej mają posiadacze paszportów biometrycznych, ale wielu z nich wykorzystało limity przebywania na terytorium Polski. Pozostaje jeszcze kwestia czternastodniowej kwarantanny, którą muszą odbyć przybysze zza naszej wschodniej granicy. Sytuacja jednak może ulec poprawie. Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak zapowiedział, że żołnierze obrony terytorialnej stworzą w całym kraju sieć punktów TESTGPO dla pracowników sezonowych pracujących w rolnictwie. Koszty testów wykrywających koronawirusa pokryje budżet państwa. Jeden z takich punktów ma powstać w Czerwińsku nad Wisłą. Dzięki temu pracownicy sezonowi będą mogli skrócić okres kwarantanny. Nie będą też musieli podróżować do większych miast, żeby wykonać testy na koronawirusa.
(jac)
fot. www.pixabay.com
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze