Od pewnego czasu ten felieton zamienił się w dialog z czytelnikami. To oczywiście cieszy, bo przecież piszemy dla Czytelnika, a nie dla siebie. Niemniej jednak, gdyby sprawy nadal szły w tym kierunku, należałoby pomyśleć o otwarciu na łamach Tygodnika kącika "Czytelnicy piszą – redakcja odpowiada" (materiał do przemyślenia dla Redaktora Naczelnego)! Ale dopóki kącika nie ma – porozmawiajmy na swoim podwórku. W tym tygodniu otrzymałem list od Pana Stefana Burawskiego (przy okazji serdecznie pozdrawiam!) w sprawie cudzoziemców handlujących na rynku przy ul. Rembielińskiego. Nasz Czytelnik zastanawia się dlaczego goście ze wschodu rozkładają swoje towary pod płotem, w błocie lub kurzu (zależnie od pogody), gdy tymczasem obok czekają tysiące metrów kwadratowych wyłożonego ładną kostką placu (i setki metrów stolików – można by dodać). Pan Stefan stawia hipotezę, że to rewanż obsługi targowiska za doznane w przeszłości od „bratniego narodu” krzywdy i upokorzenia. Nauczony parę tygodni wcześniej, by nie wygłaszać tez wziętych „z głowy, czyli z niczego”, postanowiłem tym razem zbadać rzecz na miejscu. Pojechałem na rynek i rzeczywiście – grupa ludzi stoi w błocie, a obok kawał pustego bruku i sporo wolnych miejsc na stołach. Odszukałem swojego znajomego (też ze wschodu), który tam od dawna handluje – ze stolika rzecz jasna – i poprosiłem o wyjaśnienie owego fenomenu. Otrzymałem odpowiedź zaskakującą. Otóż przyczyną nie są represje ani niższe ceny (miejsce w błocie kosztuje o 7 złotych więcej niż na stoliku!), ale niewiedza przybyszów (znajomy określił to dosadniej). Po prostu wydaje im się, że tam gdzie ładniej, musi też być drożej. Czyli „kombinują”, jak ja dwa tygodnie temu. Z tej lekcji płynie wniosek, by nie używać rozumu tam, gdzie wystarczy kawałek języka w gębie. Jednak nie myśl drogi Czytelniku, że los handlarzy ze wschodu jest u nas lekki. O, nie! Nasze prawo traktuje bowiem handel na rynku (wyjąwszy rolników sprzedających własne plony) jako działalność gospodarczą. Czyli bardzo poważnie. Nie można więc jechać na Stadion Dziesięciolecia, kupić od Chińczyka parę kurtek i sprzedać je z drobnym zyskiem na płockim targowisku. Taki postępek to „kryminał”! Trzeba najpierw zarejestrować firmę. W przypadku cudzoziemców musi to być podmiot mający osobowość prawną, czyli np. spółka z o.o. (nie mogą oni prowadzić działalności na własne nazwisko ani w formie spółki cywilnej). Zatem musi być sporządzony akt notarialny i dokonany wpis do rejestru sądowego. Ile bierze notariusz, nie muszę Czytelnikom mówić. A i sądy sobie nie żałują. Ale to dopiero początek kosztów. Spółka z o.o. musi bowiem prowadzić tzw. księgowość pełną, czyli trzeba zatrudnić księgowego i co pewien czas biegłego do zbadania bilansu. Następnie wspólnicy muszą wystąpić do Urzędu Pracy o zgodę na zatrudnienie we własnej firmie (bycie właścicielem nie daje prawa do handlowania w jej imieniu). To dalsze koszty (rzędu 500 złotych na głowę) i problemy. Urząd bowiem wyda zgodę tylko wtedy, gdy nie znajdzie się bezrobotny Polak spełniający warunki wymagane na tym stanowisku. Proszę wykombinowć warunek niezbędny sprzedawcy rynkowemu, którego nie spełniałby żaden bezrobotny obywatel RP! Nic dziwnego, że w rozpaczy wnioskodawcy wpisują do zakresu obowiązków np. zaopatrzenie w towar u Chińczyka i jako warunek podają znajomość języka chińskiego! Jeśli uda się przebrnąć i tę barierę, to czeka ich przedłużanie wizy, walka o zgodę na pobyt stały,podatki, ZUS itd. itd. Zaiste, staropolska gościnność nie zna granic! I pomyśleć, że wszystko po to, by, jak się uda, sprzedać parę koszulek na targu. Zgroza! Jerzy Ogonowski P.S. Upraszam odpowiednie służby, by prawidłowo oznakowały wjazd z ul. Małachowskiegp na Stary Rynek (patrz wjazd na ul. Grodzką)! Dziękuję!
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze