tel. (o24) 262-70-60 | e-mail: rednaczelny@tp.com.plTylko wiadukt i estakada Droga Redakcjo, jestem jednym z wściekłych mieszkańców Płocka, który musi korzystać z ulicy Wyszogrodzkiej. Czy ktoś w Płocku myśli? Chyba raczej nie. Kto widział takiego „pacana”, który na trasie 62, wylotowej z Płocka, uruchamia sygnalizację bez wiaduktu, chociażby na próbę? Płoccy inżynierowie boją się wiaduktów i estakad? Przecież to jedyne sensowne rozwiązanie dla i tak zakorkowanych płockich ulic. Kto widział lub słyszał, by jechać Wyszogrodzką (od Zakładu Energetycznego do Salonu SEATA) ponad godzinę? Czy ktoś znajdzie sensowne rozwiązanie dla Wyszogrodzkiej i przeprawy? Operacja się nie udała... Nie mam słów dla bezmyślności tego, kto wymyślił „operację na żywym organizmie”. Mam na myśli próbę uruchomienia sygnalizacji świetlnej na skrzyżowaniu Wyszogrodzkiej z drogą na nowy most. Nikt mnie nie przekona, że tak trzeba było, żeby stwierdzić, czy to się wszystko jakoś ułoży. Bo każdy średnio rozgarnięty kierowca, niekoniecznie organizator ruchu w mieście, wie bez włączania sygnalizacji, że to nie zda egzaminu. Przecież żeby dodać dwa do dwóch, nie trzeba kupować kalkulatora. Przy takiej ilości samochodów w Płocku i okolicach nie ma szans na to, by nie tworzyły się potężne korki przy czynnej sygnalizacji. Wysiadłem, jak wielu innych z autobusu Komunikacji Miejskiej na przystanku na wiadukcie przy Piłsudskiego. Pieszo doszedłem do Podolszyc i po drodze zdążyłem minąć 3 autobusy tej samej linii. Krótko mówiąc, operacja „na żywym organizmie” doprowadziła do kompletnego bałaganu w rozkładach jazdy. Tak nie można! Aha, jeszcze jedno: kto zapłaci za zamontowane, ale bezużyteczne sygnalizatory świetlne? Nie ma się co spieszyć Rację miał „Tygodnik Płocki”, który lansował tezę, że nie ma co się spieszyć z otwarciem ruchu kołowego na nowym moście. Ostatnie wydarzenia (próbne włączenie sygnalizacji świetlnej) pokazały, że kiedy się człowiek spieszy, to diabeł się cieszy. Teraz słyszę, że do podobnych wniosków dochodzą władze miasta. No i dobrze. Wytrzymaliśmy bez nowego mostu tyle lat, wytrzymamy kolejne pół roku. A ruch kołowy na most puści się dopiero wtedy, kiedy będzie druga nitka Wyszogrodzkiej i oba ronda. Inne rozwiązania nie mają najmniejszego sensu. I jeszcze jedno. Po raz kolejny potwierdza się opinia, że ten urzędnik miejski, który wymyślił nowy most w tym akurat miejscu, powinien być podwójnie pokarany. Za to, że powoduje to określone utrudnienia drogowe to na pewno. A po drugie za kilkuletnie opóźnienie w oddaniu mostu do użytku. Dlaczego tak? Gdyby most był zaprojektowany w tym miejscu, którego oczekiwała większość płocczan, czyli w okolicach Wykowa za Płockiem, jego finansowanie od początku przejąłby budżet państwa (bo poza terenem miasta), a most byłby oddany w tym czasie, kiedy oddawano most w Toruniu i most siekierkowski w Warszawie. I najważniejsze: nie byłoby żadnych utrudnień w ruchu. No, ale most zaprojektowano w tym nieszczęśliwym miejscu. Chyba po to, żeby zarobić na handlu działkami. Bezrobotni z wyboru Chciałbym nawiązać do artykułu o bezrobotnych, który ukazał się w ostatnim numerze „Tygodnika Płockiego”. Co do tego tematu, to mam mieszane uczucia. No bo z jednej strony zdaję sobie sprawę, że autor tego tekstu pisząc o „bezrobotnych z wyboru” ma dużo racji. Są bowiem tacy, których wołami do pracy się nie zaciągnie, niezależnie od ustroju, w jakim im przyjdzie żyć. I tacy faktycznie zawyżają wskaźniki bezrobocia. Kolejna grupa bezrobotnych, która ma ten status, a na niego nie zasługuje, to niektóre żony przedsiębiorców, które dla czystej wygody (dostępność do publicznej służby zdrowia itp.) rejestrują się jako osoby bezrobotne. Jednak nie należy zapominać, że niektórym naprawdę nie opłaca się podejmować pracy, bo koszty dojazdu i inne okażą się niewiele mniejsze niż osiągane wynagrodzenie. I jak tu takich ludzi potępiać? Przecież w tym czasie mogą się choćby zająć lepszym wychowaniem dzieci. Reasumując, faktycznego bezrobocia, patrząc choćby na liczbę ogłoszeń o przyjęciach do pracy, praktycznie po prostu nie ma, niemniej żenujący jest poziom niektórych zarobków, jakie pracodawcy oferują zatrudnianym przez siebie osobom, stąd niektórzy wolą być bezrobotnymi. A dobro pacjenta? Obok Izby Przyjęć w Szpitalu Wojewódzkim w Płocku rzuca się w oczy hasło w stylu dobrej peerelowskiej szkoły, że „dobro pacjenta dobrem najwyższym...“ itp., itd. Na ścianie można także zauważyć dyplom, że Szpital Wojewódzki znajduje się w złotej setce najlepszych szpitali w Polsce. Nie zamierzam kwestionować osiągnięć płockiego szpitala. Z tym dobrem pacjenta to chyba jednak lekka przesada. Bo czasami odnosi się wrażenie, że pacjent jest nie podmiotem a przedmiotem. A wynika to chociażby z tego, że nie ma przejrzystych, jedno- znacznych przepisów, które obowiązywałyby wszystkich zatrudnionych w szpitalu. W efekcie pracujący w jednym pokoju wysyłają cię do drugiego pokoju, a tam mówią coś zupełnie innego. Przykład? Proszę bardzo. Syn doznał urazu na zajęciach wychowania fizycznego. Udałem się z nim zatem późnym popołudniem do przyszpitalnej poradni urazowej. Tam zrobiono wszystko co potrzeba (oględziny, zdjęcie, konsultacja na Izbie Przyjęć z dyżurnym lekarzem oddziału ortopedii) i zdecydowano, że syn powinien nosić kołnierz ortopedyczny, bo kontuzja jest dosyć bolesna. W urazówce nie było odpowiedniego rozmiaru kołnierza, więc lekarz wypisał odpowiednie zlecenie i stwierdził, że z tym zleceniem następnego dnia wystarczy wrócić z synem do szpitala do pokoju obok, bo tam za sumę około 17 złotych taki kołnierz będzie można przymierzyć i kupić. Tego dnia do obsługi lekarsko – pielęgniarskiej nie miałem żądnych zastrzeżeń. Lecz następnego dnia już tak słodko nie było. Udałem się z chorym synem do szpitala taksówką, żeby mu nie przysparzać dodatkowych cierpień. Niestety, tam dowiedziałem się, że najpierw to ja muszę wrócić do miasta i udać się do Narodowego Funduszu Zdrowia na Padlewskiego, żeby podbić jakąś pieczątkę na zleceniu. Nieważne, że rodzinną, ważną legitymację ubezpieczeniową miałem przy sobie. Szkoda, że nikt mi tego dzień wcześniej nie powiedział. Bo kiedy przeanalizowałem sens kilkukrotnej jazdy w tę i z powrotem, zdecydowałem o kupnie tego kołnierza bez NFZ, za sumę około 37 złotych. To już nie chodzi o pieniądze, ale o przebieg informacji. Dlaczego w urazówce nie ma takiego samego przebiegu informacji jak w sklepie rehabilitacyjnym, położonym praktycznie przez ścianę? Pani ze sklepu powiedziała, że faktycznie, jeszcze rok temu to ona sama martwiła się o odpowiednią pieczątkę z NFZ, ale to się zmieniło. I lekarze nie dostali o tym żadnej informacji?
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze