Reklama

Brathanki w Płocku

05/12/2000 09:13
Wieczór w folklorem w hali "Chemika" Koncert popularnej grupy Brathanki przyciągnął wyjątkowo liczną jak na płockie warunki publiczność. W piątkowy wieczór, 2 grudnia w hali sportowej Zespołu Szkół Chemicznych pojawiło się prawie 1,5 tysiąca widzów. Pierwszy z planowanej przez agencję „Maxi Sound” serii koncertów rozwiał, miejmy nadzieję, obawy co do sensowności organizowania tego typu imprez w Płocku, nawet w sezonie zimowym. Sznur zaparkowanych wzdłuż ul. Łukasiewicza samochodów i wijąca się kolejka ludzi przed wejściem, pozwoliły już na wstępie uciszyć niepokoje przed marną frekwencją. Tuż przed 20.00, trybuny hali „Chemika” były pełne, a i parkiet przed barierką odgradzającą scenę zaludniał się coraz bardziej. Na początku pojawili się na podeście sami Brathankowie płci męskiej, by odegrać parominutową instrumentalną suitę, z echami progresywnego rocka i partiami fletu Stefana Błaszczyńskiego, w stylu Jona Andersona ze słynnej grupy Jethro Tull. Dopiero po tym wstępie na scenie pojawiła się ozdoba grupy Halinka Mlynkova (odziana w efektowną, lśniącą sukienkę i przyciągająca wzrok charakterystycznym makijażem), odśpiewując po kolei większość przebojów zespołu z jego bestselerowej płyty „Ano!”. Dynamika występu Brathanków nie osłabła jednak przez całe półtorej godziny występu ani na chwilę, a moc nagłośnienia wprawiała w drżenie zarówno ściany i ławki, jak i każdą z osobna klepkę w parkiecie boiska. Szkoda tylko, że mocy aparatury nie dorównywała jasność i selektywność produkowanego przez nią dźwięku, bo niestety, nie wszystkie teksty dało się dokładnie zrozumieć, zaś dudnienie sekcji rytmicznej zagłuszało momentami co bardziej subtelne niuanse w brzmieniu skrzypiec, gitary czy poprzecznego fletu. Na szczęście, słowa najpopularniejszych piosenek – z „Czerwonymi koralami” na czele – publiczność znała doskonale i większość zaśpiewała wspólnie z wokalistką. Ci, spośród widzów, którzy spodziewali się żywiołowego powtórzenia materiału z albumu „Ano!”, z pewnością byli usatysfakcjonowani. Jeśli jednak ktoś oczekiwał czegoś więcej, jakichś koncertowych niespodzianek, mógł poczuć się lekko rozczarowany. Bo poza długą – i nieco nudną – improwizacją fletowo-wokalną Błaszczyńskiego, z parodiami popularnych tematów muzycznych oraz kilkoma trochę bardziej niż na płycie ognistymi solówkami gitarowymi Jacka Królika, zespół nie pokazał niczego nowego, ograniczając się do, owszem radosnego i pełnego werwy, ale zbyt automatycznego powtórzenia tego wszystkiego, co dobrze znamy z płyty, radia i telewizji. Bez żadnych premierowych utworów, koncertowych smaczków, wyszukanych partii instrumentalnych. Pośród kilkunastu utworów, utrzymanych w jednakowym schemacie harmoniczno-rytmicznym (dobrym dla osób tańczących na środku sali, lecz dla siedzących na trybunach i słuchających na dłuższą metę nużącym), zabrakło momentów lirycznego wyciszenia i nawiązania bardziej bezpośredniego kontaktu z publicznością. Płocki koncert Brathanków był niewątpliwie popisem znających swój fach zawodowców, starych wyjadaczy prezentujących efektownie przygotowany i zaaranżowany materiał. Za mało było jednak przyciągającej widzów bezpośredniości, tej specyficznej aury, znoszącej dystans między sceną a widownią, aby występ mógł głębiej zapaść w pamięć i serca. A tak pozostało wrażenie kilku przebojów, wspólnie odtańczonych i odśpiewanych refrenów, lawiny świateł, rytmów, dźwięków – i pytanie: czy to wystarczy, czy jednak trochę za mało? * Bezpośrednio po koncercie jeszcze odrobinę zadyszana i zmęczona grupa Brathanki zgodziła się odpowiedzieć na kilka pytań dla czytelników „Tygodnika Płockiego”. Wszyscy bez wyjątku muzycy okazali się nadzwyczaj sympatyczni, otwarci i rozmowni. - Skąd wzięła się nazwa zespołu? - Inspirowaliśmy się folklorem, głównie folklorem węgierskim. A stare porzekadło mówi, że Polak, Węgier dwa bratanki. (ogólny śmiech całej grupy) Malutkie „h” w środku znalazło się na cześć brata naszej pierwszej wokalistki Hanny Rybki, który tak nas zafascynował swoją osobowością, że postanowiliśmy go w nazwie umieścić i uwiecznić. - A dlaczego wykonujecie akurat ten rodzaj muzyki? Dlaczego folklor? Czy nie jest to skutek fali popularności tej muzyki? - Załóż kierpce – będziesz miał pieniędzy więcej. (znów chóralny śmiech) A tak poważnie, w naszym wypadku folklor jest, można powiedzieć, pierwszą inspiracją, pretekstem do pokazania naszego widzenia muzyki, naszego poczucia humoru, naszej energii. Zaś co do popularności, to po założeniu zespołu przez ponad rok szukaliśmy wydawcy płyty. Graliśmy dużo małych, często bardzo małych koncertów. Biorąc pod uwagę, że zespół przetrwał ten okres i tak się rozwinął towarzysko oraz muzycznie, oznacza to, że powstał, bo naprawdę chcieliśmy coś razem stworzyć i razem grać. - A jakie macie dalsze plany? Bo teraz jesteście na topie, na szczytach list przebojów, ale każda fala, jak wiadomo, przemija. I czy zamierzacie nadal uderzać w ten sam ton, nagrywać dalej w podobnym klimacie muzycznym, czy też istnieje projekt jakiegoś stylistycznego zwrotu? - Wszystko się może zdarzyć, jak śpiewała pewna wokalistka. I trudno teraz powiedzieć, w jakim kierunku dokładnie pójdzie nasza muzyka. Na pewno nie będzie to totalny zwrot. Nadal będziemy grzebali w tych nurtach, w tych skalach ludowych, które teraz można usłyszeć. Do pracy mamy się na dobre zabrać w grudniu i sami jeszcze nie wiemy, jak to będzie. O tym możemy porozmawiać, gdy już powstanie kolejna płyta. - Czyli dalej raczej tradycja, niż nowoczesność? - Tradycje jako inspiracja, owszem. Bo poza tym staramy się grać w miarę nowocześnie. - A nie boicie się być gwiazdą jednego sezonu? Co będzie, kiedy minie moda na folk? - Przede wszystkim nie można powiedzieć, że minie moda na folk. Bo inspiracja tą muzyką to zjawisko znane od lat. Był Chopin, i Skaldowie, i Czerwone Gitary, i wielu innych po drodze, i my teraz, i za 30 lat te inspiracje pozostaną. Możemy z czasem grać coś innego, a inspiracja może zostać taka sama. - Udaje się wam łączyć te tradycyjne źródła z bardzo nowoczesnymi opracowaniami. To, co spontaniczne, ludowe, z czymś komercyjnym, skierowanym do szerokiej publiczności. Czy nie pojawia się zatem pokusa, a może jakieś konkretne plany, podboju nie tylko polskiego rynku, jednej publiczności, tak jak udało się to Goranowi Bregoviciowi? - Konkretnych planów na razie nie mamy. Próbujemy to samo przedstawić czeskim słuchaczom, zobaczymy jak to będzie. Kiedy byliśmy w Stanach i graliśmy dla Polonii, przychodziło również wielu amerykanów, którzy dowiedzieli się o naszej muzyce. Obserwujemy zainteresowanie naszą muzyką ludzi zarówno w Europie, jak i w Ameryce. Czasem są to osoby, które były w Polsce, przypadkowo wpadła im w ręce nasza płyta i choć nie rozumieli tekstów, sama muzyka ich zafascynowała. Mamy takie sygnały. Warto wspomnieć tu o sytuacji, która miała miejsce trzy dni temu, kiedy graliśmy wspólny koncert z naszym już przyjacielem, bo tak można powiedzieć, Ferencem Seby i z jego muzykami. Być może nastąpi między nami w przyszłości ściślejsza fonograficzna współpraca. Bo my w dużym stopniu bazujemy na węgierskiej muzyce ludowej, a nie ma takiego zespołu na tamtejszym rynku. - Granie w tak popularnym zespole to bycie ciągle w podróży, stale w drodze. Czy więcej w tym przygody, czy też zmęczenia i tęsknoty za domem? - Wszyscy już od wielu lat jesteśmy muzykami i tułamy się po świecie, więc nie jest to dla nas nowina. Gramy teraz więcej koncertów, ale staramy się, aby każdy koncert był jedyny, niepowtarzalny. Zarówno te wielkie, plenerowe, jak i małe, kameralne. Mamy swoje sposoby, patenty, żeby te występy nie stały się dla nas samych nudne. Wymieniamy między sobą dialogi, mini-dowcipy na scenie. Wszystko po to, by nie utracić świeżości. - Na zakończenie specjalne pytanie do pani Halinki. Czy ma pani jeszcze swoje koraliki na szczęście, czy spełniły już swoje zadanie i mogły zostać przekazane komu innemu? - Jeszcze te koraliki mam, ale nie noszę już ich przy sobie. Planuję, że je komuś dam. Moje największe marzenie się spełniło w momencie, w którym znalazłam się w tym zespole i zaczęliśmy wspólnie grać. Toteż mam nadzieję, że koraliki przyniosą szczęście również innej osobie. - Czyli, jak się okazuje, magiczne przedmioty istnieją. - Na pewno. Koncertu wysłuchał i z zespołem porozmawiał Maciej Woźniak. (Za współpracę przy rozmowie autor dziękuje dziennikarzom z Radia Plus).
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości