Starzej?cy si? bohaterowie wsp??czesnej kultury s? zm?czeni. Ich rodzinny XX wiek sko?czy? si?, za? nowe stulecie, ze zmieniaj?cymi si? w kalejdoskopowym tempie trendami i modami, nie zapowiada si? r?wnie go?cinnie.Nadal otacza ich legenda, wielbiciele s?uchaj? s?ynnych p?yt sprzed lat, a pewne nazwiska brzmi? jak mityczne has?a otwieraj?ce skarbce i sezamy. Ale prawdziwy rz?d i in?ynieri? dusz przej?? ju? kto? inny. C?? z tego, ?e ka?da nowa p?yta Boba Dylana, Leonarda Cohena czy Paula McCartneya jest obwo?ywana wydarzeniem, skoro wstrz?sn?? ?wiatem i ?wiatopogl?dem jego mieszka?c?w potrafi? raczej wykreowane od st?p do g??w postacie w rodzaju Marylin Mansona lub Eminema. Czyli wykonawcy nastawieni na tani? prowokacj? i nie oferuj?cy swoim fanom ?adnego wzorca, sposobu my?lenia czy odczuwania, ani nawet buntowania si?, a jedynie lansuj?cy samych siebie. W zestawieniu z tym jak?e surowym programem artystycznym, wieloznaczna, bogata w muzyczne i literackie odniesienia tw?rczo?? bohater?w lat 60-tych i 70-tych, Jima Morrisona, Johna Lennona, Franka Zappy, wygl?da jak propozycja z innej planety. Nawet najbardziej naiwne spo?eczne i polityczne ideologie tamtego okresu, w ustach mistrz?w zyskiwa?y niespodziewan? szlachetno??, wchodzi?y w sp?r lub dialog z wytworami sztuki o wiele starszymi i powa?niejszymi od pospolitego rock’n’rolla (od uznanych dzie? muzyki powa?nej a? po Bibli?), osi?ga?y klasyczn? doskona?o?? form. Czy „Yesterday” Beatles?w ust?puje pod wzgl?dem subtelno?ci melodii koncertom Mozarta, a „Schodom do nieba” Led Zeppelin a? tak wiele, poza nadmiarem patosu, brakuje do symfonii Beethovena? Wi?c jak je por?wnywa? z przes?aniem dzisiejszych idoli masowej publiczno?ci, kt?rzy pojawiaj? si? na jeden sezon, sprzedaj? odpowiednio du?? ilo?? p?yt, po czym z odpowiednio du?? ilo?ci? pieni?dzy na koncie odchodz? w niepami??? A przecie? ?wiat a? tak szybko si? nie zmieni?. Nadal wydaj? p?yty arty?ci, kt?rzy z materia?u wyj?ciowego, jakim jest muzyka rockowa czy w og?le popularna, potrafi? stworzy? ma?e arcydzie?ka, zadziwiaj?ce oryginalno?ci? i zniewalaj?ce nastrojem. Tyle, ?e to nie oni dostaj? si? na pierwsze strony gazet (bo nikogo nie obrazili ani nie zbulwersowali), nie oni gromadz? najwi?ksz? publiczno?? na koncertach (bo poprzestaj? na graniu muzyki, bez obscenicznych demonstracji), nie ich p?yty s? najcz??ciej s?uchane w pokojach zbuntowanych nastolatk?w (bo to nie ich teksty powoduj?, ?e mama si? czerwieni, a nauczyciele w szkole denerwuj?). Rz?d m?odych dusz, do kt?rych nale?y przysz?o?? ?wiata, nale?y do kogo? innego. Tym bardziej, ?e starzy bohaterowie s? zm?czeni i oddaj? go prawie bez walki. Znany jako Bob Dylan Robert Allen Zimmerman, znany, ceniony i podziwiany jako Bob Dylan, urodzi? si? 24 maja 1941r. w Minnesocie w Stanach Zjednoczonych. Korzenie jego ?ydowskiej rodziny si?gaj? Litwy i Ukrainy. Ju? w dzieci?stwie marzy? o karierze muzycznej, samodzielnie nauczy? si? gra? na gitarze, a jako czternastolatek rozpocz?? wyst?py z amatorskimi grupami. Po uko?czeniu szko?y wyruszy? w muzyczn? w?dr?wk? po kraju i zetkn?? si? z tradycyjnym bluesem i folkiem. Jesieni? 1959r. podj?? studia i zacz?? wtedy wyst?powa? solo, w studenckich kawiarniach i klubach wykonuj?c stare utwory legendarnych pie?niarzy, ale tak?e pierwsze w?asne piosenki. Przyj?? w?wczas pseudonim Bob Dylan (jako ho?d dla ulubionego poety Dylana Thomasa). Na studiach wytrzyma? ledwie p?? roku i po raz kolejny wybra? los w??cz?gi, tym razem ruszaj?c ?ladem Woody’ego Guthriego, w?drownego barda i pisarza, kt?ry sta? si? jego wzorem i mistrzem. Popularno?? i legenda samego Dylana zacz??a si? rodzi? po zamieszkaniu muzyka w Nowym Jorku, w 1961r. Ju? wtedy wykazywa? si? on niezwyk?ym darem zbierania do?wiadcze? wielu wykonawc?w r??nych styl?w, ich kondensacji i sugestywnej syntezy ju? pod postaci? w?asnych piosenek, kt?re z miejsca stawa?y si? przebojami, a ju? wkr?tce mia?y osi?gn?? nat??enie g?osu pokolenia. O ile pierwszy album Dylana, jeszcze zachowawczy, wype?niony g??wnie tradycyjnymi utworami, przeszed? w?a?ciwie bez echa, to ju? nast?pne (od wydanego w 1962r. „The Freewheelin Of Bob Dylan”, przez p?kaj?ce w szwach od przeboj?w „The Times They’re A-Changin’”, „Highway 61 Revisited” czy „Blonde On Blonde”) sta?y si? wydarzeniami, tworz?c muzyczny i ideowy kr?gos?up m?odzie?owej kultury lat 60-tych. Wszystko, co si? wtedy dzia?o, ca?y spo?eczny i artystyczny ferment, psychodeliczna rewolucja hippis?w, kariery Beatles?w i Rolling Stones?w, da si? jako? odnie?? do tw?rczo?ci Dylana, przegl?da si? w niej jak rozleg?y krajobraz w ma?ym kieszonkowym lusterku. Najbardziej znamienny, i tw?rczy zarazem, sta? si? dla niego konflikt mi?dzy oczekiwaniami publiczno?ci (kt?ra po utworach-hymnach takich jak „Blowin’ In The Wind” czy „A Hard Rain’s A-Gonna Fall” obwo?a?a go muzycznym prorokiem i g?osem zbiorowego sumienia), czyli kolejnymi jaskrawymi moralnymi i politycznymi deklaracjami, a w?asnym instynktem tw?rczym. Podpowiada? on Dylanowi, ?e ?wiat to co? o wiele bardziej skomplikowanego ni? s? w stanie poj?? m?odzi, krzykliwi radyka?owie, za? mrok?w ludzkiej natury nie spos?b o?wietli? por?czn? latark? lewicowych ideologii. Co ciekawe, podobny konflikt rozegra? si? tak?e na p?aszczy?nie czysto muzycznej, kiedy Dylan zapragn?? poszerzy? skal? ?rodk?w ekspresji o elementy coraz szybciej rozwijaj?cego si? elektrycznego rocka, lecz odbiorcy chcieli, by z akustyczn? gitar?, bez ko?ca ?piewa? kolejne wersje „Blowin’ In The Wind”. W obu wypadkach dopiero prze?amuj?c zastane konwencje i ?atwo zastygaj?ce w martw? skorup? gusty publiczno?ci, m?g? sta? si? tym, kim zosta?: jednym z najbardziej tw?rczych i wp?ywowych wykonawc?w, jakich wyda? rock. Jednym z ?ywych symboli tej muzyki. Znanym jako Bob Dylan. Niekt?re gwiazdy d?ugo gasn? Status gwiazdy i symbolu uda?o si? Dylanowi utrzyma? przez kolejne dziesi?ciolecia, mimo i?, naturaln? kolej? rzeczy, tak gwa?townie rozb?ys?y talent nie m?g? ?wieci? d?ugo r?wnie silnym ?wiat?em. Lata wzlot?w (albumy „Blood On The Tracks” i „Desire” z lat 70-tych czy „Oh Mercy” z 80-tych) i upadk?w („Street Legal”, „Shot Of Love” oraz par? innych tak samo pozbawionych wyrazu) nie zmienia?y jednak faktu, ?e pozostawa? nie tylko niekwestionowanym rockowym autorytetem, ale tak?e jednym z nielicznych tw?rc?w z kr?gu rocka, kt?rych nie wstydzi?a si? sztuka z wy?szych p??ek (nie?mia?e g?osy o literackim Noblu). Sta? si? mimowolnie w?asno?ci? rodz?cej si? kultury masowej, czyli kultury ludzi, kt?rzy niekoniecznie musz? by? kulturalni. Lata 90-te przynios?y seri? nieoczekiwanie dobrych album?w Dylana, ju? prawdziwego muzycznego weterana („Under The Red Sky”, „Good As I Been To You”, „World Gone Wrong”). Utwory na nich zawarte, b?d?ce powrotem do akustycznych korzeni, mog?y urzec dawnych mi?o?nik?w barda, nie wnosi?y jednak nic nowego w muzyczn? i spo?eczn? rzeczywisto?? ko?ca stulecia. Wyciszona, skupiona folkrockowa refleksja nie mog?a konkurowa? z przesterowanym ha?asem grunge’u, schizofrenicznym szale?stwem hard core’u czy krzykliw? retoryk? hip hopu. Sam Dylan m?g? zatem liczy? jedynie na sw?j niegasn?cy mit, ale by? to mit coraz bardziej bezsilny, bezradny wobec ton?cego w cywilizacyjnym zgie?ku i informacyjnym chaosie ?wiata. Tak?e najnowsza p?yta Mistrza, obchodz?cego w tym roku 60-te urodziny, „Love And Theft” nie jest w stanie tego zmieni?. Utrzymany w stylistyce bliskiej country, skromnie, lecz ze smakiem zaaran?owany, znakomicie wyprodukowany album trafi zapewne tylko do starych fan?w. G?os Dylana nie przestaje fascynowa?, teraz, kiedy jest jeszcze bardziej znu?ony i ochryp?y, by? mo?e nawet bardziej ni? dawniej. Melodyjnym countryrockowym utworom („Tweedle Dee And Tweedle Dum”, „Summer Days”), zagranym i za?piewanym w celowo niedba?y spos?b, na?laduj?cy styl tradycyjnych ludowych pie?niarzy, towarzysz? skromne, kameralne balladki, ujmuj?ce liryzmem („Sugar Baby”). Wszystko to jednak ju? by?o, i to w lepszych wersjach, na p?ytach Dylana sprzed lat. Pozostaj? charakterystyczne, dyskretne, nie nadu?ywane sztuczki wokalnej ekspresji, tu lekkie obni?enie tonu, ?wdzie nacisk po?o?ony na to a nie inne s?owo, jeszcze gdzie indziej d?u?sze zawieszenie g?osu, g??bsza chrypka. Trzeba przyzna?, ?e wszystko to nadal robi wra?enie. Tylko na kim? No przecie? nie na milionach m?odych wielbicieli Eminema i Marilyn Mansona. A to ju? jest ich ?wiat. Ich muzyka. Ich prawda. Oni wiedz?, my nie wiemy m?g?by za?piewa? Bob Dylan, starzej?cy si?, zm?czony bohater odchodz?cego w przesz?o?? ?wiata. Maciej Wo?niak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze