O płockim bramkarzu można wiele mówić, ale na pewno, podczas każdej rozmowy, muszą paść słowa o jego rewelacyjnej formie, którą stale utrzymuje od lat i jest podstawowym zawodnikiem I-ligowego zespołu piłki ręcznej ORLEN-u.Kibice obserwujący spotkania zwykle mają nadzieję, że Andrzej Marszałek jeszcze długo będzie stał między słupkami płockiej bramki, będzie kapitanem drużyny, a przede wszystkim autorytetem i kolegą. - Jesteś chyba w płockim zespole od zawsze, od kiedy tylko pamiętam, z niewielką przerwą na odbywanie służby wojskowej, zawsze stałeś miedzy słupkami. Od czego to się zaczęło? - To było chyba dwadzieścia lat temu, bardzo dawno temu. Po raz pierwszy w seniorach, w pierwszym zespole wystąpiłem w wieku 16 lat, a drużynę prowadził Edward Koziński. A w zasadzie to moja przygoda z piłą ręczną zaczęła się jeszcze w szkole podstawowej. Moim pierwszym trenerem był nauczyciel w SP nr 17 w Płocku, Waldemar Wiśniewski. - Ale to nie trener Cię namówił? - Nie musiał. Mój brat wcześniej przecież stał na bramce, a ojciec grał w klubie w piłkę nożną. Na pewno to, że zdecydowałem się na piłkę ręczną, to wpływ brata. - Nie korciło cię wybranie piłki nożnej? - Nie mogłem, byłem zbyt ambitny, a piłka nożna kiepsko stała. Za to ręczna dobijała się do I ligi. Co prawda były to awanse i spadki, ale szanse na stałe zadomowienie się w I lidze były większe niż piłki nożnej w II lidze. - Przez tyle lat gry w drużynie masz na swoim koncie wiele sukcesów, medali... Który z nich jest dla Ciebie najważniejszy? - Na pewno zdobycie tytułu Mistrza Polski w 1995 roku. To jest to najważniejsze wydarzenie. Innych nie ma, ale oczywiście mam nadzieję, że jeszcze będę mógł duży sukces zaliczyć. - A nie myślisz o medalach srebrnych, brązowych zdobywanych w innych kategoriach wiekowych, o złotych również. W końcu było tego sporo? - Rzeczywiście sporo, nawet nie wiem ile. Podobnie jak nie umiałbym od razu powiedzieć, ile medali zdobyliśmy w seniorach. Najważniejszy jest złoty i szkoda, że mam tylko jeden taki. - Na swoim koncie masz również przygodę z kadrą Polski. Zapewne wielu kibiców pamięta wyrzucenie z kadry kilku piłkarzy, którzy odmówili posłuszeństwa trenerowi Kowalczykowi. Przez cale lata nie grałeś w koszulce z orłem na piersi, a teraz nagle trener Bogdan Zajączkowski znów Cię powołał. To chyba ogromne wyróżnienie? - Oczywiście. Bardzo żałowałem, że kadra nie jest dla mnie, bo przecież udział w reprezentacji to ogromny zaszczyt. Tam trafiają najlepsi. Ale tak się jakoś ułożyło, że trenerzy mnie nie chcieli. - Ale chyba nie chodziło tu tylko o opinie kontrowersyjnego piłkarza, który zawsze mówi to co myśli? - Nie wiem, ale chyba mam taką opinię i to było powodem, że nie miałem szans na powrót do drużyny narodowej. - A gdybyś dziś, z perspektywy czasu, miał spojrzeć na ten eksces, czy postąpiłbyś tak samo, wiedząc, że będziesz miał na wiele lat zamkniętą drogę do kadry? - Nadal jestem przekonany, że nasz bunt w Islandii był słuszny. Koledzy, którzy później trafili do kadry, doczekali się porządnego sprzętu, znalazły się na to pieniądze, przede wszystkim zostaliśmy ubezpieczeni, to udało się wywalczyć. Nie żałuję, że wtedy walczyłem o te zmiany. - Jakie cechy, Twoim zdaniem, powinien mieć bramkarz w piłce ręcznej? - O wszystkim decydować powinna sprawność. Ja nigdy nie miałem imponujących warunków fizycznych, ale dziś to nie jest ważne. Dobry rozgrywający może mieć poniżej 180 cm wzrostu. Warunki nie są już wyznacznikiem, liczy się wyszkolenie, technika i oczywiście serce do gry. To musi mieć każdy sportowiec. Inaczej nie ma co marzyć o wynikach. - Czy wiążesz nadzieje z powrotem do kadry narodowej? - Oczywiście, że tak. Byłoby nieźle zakończyć karierę sportową udziałem, a może nawet niezłym wynikiem w dużej imprezie sportowej. Mistrzostwa Europy byłyby doskonałe. Mamy szanse awansować do finałów, na naszej drodze stoją tylko Norwegowie, z którymi w czerwcu będziemy grać w play offach mecz oraz rewanż i jeśli wygramy, to jedziemy w przyszłym roku do Szwecji. Nie miałem okazji grać w takiej imprezie, zresztą wiadomo, polska piłka ręczna nie notowała od dawna sukcesów na arenie międzynarodowej. - Skoro już zacząłeś mówić o końcu kariery, to nie mogę nie zapytać jakie masz plany. Kibice obawiają się, że jeśli w tym roku ORLEN odniesie sukces i zdobędzie złoty medal, to zrobisz to, co zapowiadałeś przed rokiem, czyli zakończysz karierę? - Rzeczywiście w ubiegłym roku powiedziałem, że zakończę karierę, kiedy zdobędziemy złoty medal. Ale to się nie udało. Teraz już nic nie mówię, a o końcu kariery wcale nie myślę. Chciałbym grać dopóki zdrowie mi na to pozwoli, a na razie nie narzekam i dlatego nie myślę o żadnych datach. Może za dwa lata pomyślę, że już czas odejść. Teraz wszystko zależy od mojego zdrowia i wyników oraz od tego, jak długo granie w piłkę będzie mi sprawiało radość.. - A myślisz czasami o tym, jak potoczą się Twoje dalsze losy, nie myślisz o trenowaniu następców? - Na razie o tym nie myślę. Wiadomo, coś trzeba będzie robić. Być może pokuszę się o rozbudowaniu sklepu, który prowadzi moja żona. Raczej na pewno nie wezmę się za pracę trenerską. To na pewno mnie nie pociąga. Wydaje mi się, że o ile zawodników szkoli się w Płocku bardzo dobrze, to nie ma bramkarza z prawdziwego zdarzenia. W Polsce jest kilku młodych chłopaków, którzy mogą coś zdziałać i z którymi pracują trenerzy bramkarzy, ale to raczej rzadkość. - Dwoje Twoich dzieci siedzi na trybunach na wielu meczach. Czy zamierzają poświęcić się sportowi? - Córka na pewno nie, bo ona tańczy i śpiewa w płockim Domu Kultury i to ją interesuje. A syn Maciek ma dopiero cztery lata i jeszcze żadnych planów wobec niego nie robię. Jest leworęczny, a to już jest zaleta dla sportowca i tak cicho mogę powiedzieć, że chciałbym by on też grał w piłkę ręczną. Ale za wcześnie jeszcze, by o tym mówić. - Przez całą swoją sportową karierę stoisz na bramce, a często kibice mają wrażenie, jakbyś bardzo chciał wejść na boisko i grać w polu. Czy nigdy nie zastanawiałeś się nad tym, że mogłeś inaczej wybrać? - Jasne, że się zastanawiałem i wiem, że mógłbym grać także w piłkę nożną, ale wtedy nie na bramce, tylko w ataku. Kiedy tylko jest okazja, żeby zagrać w piłkę nożną, ja wtedy strzelam bramki. Muszę powiedzieć, że jak gramy, całą nasza drużyną, to zupełnie nieźle nam idzie. - Jesteś w Płocku bardzo znany, ludzie rozpoznają Cię na ulicy, jakie są te objawy sympatii? - Oj, bardzo różne. Czasem niektórzy „sympatycy” chcą wyciągnąć ode mnie pieniądze, a czasem podchodzą, gratulują. Nigdy nie przydarzyło mi się tutaj nic takiego, żebym czuł się zażenowany. Chyba kibice mnie lubią. Nieco inaczej jest w innych miastach Polski. Bywa, że jestem zaczepiany, a nawet mi ubliżają. - Mam nadzieję, że to dlatego, iż doceniają Twoją klasę. Ty jesteś tym zawodnikiem, który przez wiele lat był wierny barwom klubowym. Czy nie myślałeś nigdy by wyjechać za granicę? - Oczywiście, że myślałem o zmianie barw, o wyjeździe na saksy. Zwłaszcza wtedy, kiedy miałem 27 – 28 lat. Ale zarobki piłkarzy nie były tak imponujące, że warto było tu wszystko zostawiać. Były porównywalne do tych, co w kraju dostawaliśmy. Zresztą wielu kolegów wróciło i chyba żaden nie dorobił się na grze na zachodzie. W Płocku jest z zarobkami przyzwoicie i raczej nie żałuję, że kiedyś nie zdecydowałem się wyjechać. - Bardzo dziękuję za rozmowę. Rozmawiała Jola Marciniak Fot. D. Ossowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze