Reklama

... a w kieliszkach skrzy słońce

24/05/2001 12:18
Podolszyce cieszyły się zasłużoną opinią pustyni kulturalnej. Tak było przynajmniej do niedzieli, do godziny 17-tej. O tej właśnie godzinie w kawiarni „Tomaszówka” rozpoczęła się prezentacja wierszy Wandy Gołębiewskiej i piosenek Piotra Byttnera: Piosenki te zresztą także były wierszami.Byttner skomponował muzykę nie tylko do utworów płockiej poetki, także do wierszy Broniewskiego (Znakomity „Bar pod zdechłym psem”!), no i do swoich własnych. Publiczność była tak oczarowana „Moją ulicą” (do tekstu Gołębiewskiej), że po każdym wysłuchaniu tej piosenki domagała się jeszcze i jeszcze. I miała rację. Główną bohaterką wieczoru była Wanda Gołębiewska – jako osoba i jako poetka. Jako Wanda. Poezja jest po prostu częścią jej osobowości, jak uśmiech, jak okulary, którymi patrzy na świat. Na ogół jest tak, że wiersze piszą poetów. Zaleca ich nagle jakaś poezja miłosna, narzucają się pasje polityczne czy filozoficzne wątpliwości. I wtedy nie mogą nie pisać. U Wandy Gołębiewskiej jest odwrotnie. Żyje na płockiej uliczce, chodzi po zimnym mieszkaniu, czasem zrobi kotlety i podejmuje przyjaciół. I w tym wszystkim znajduje poezję. I pokazuje w wierszach ile jest magicznych miejsc na tej uliczce, jak ważne są przyjaźnie i ile jest liryki w kotletach. Mieszkanie niby zwykłe, ale o 6 rano w stojących w kredensie kieliszkach skrzy słońce. Kto nie wierzy, może iść, sprawdzić, poetka serdecznie zaprasza. Wanda Gołębiewska nie jest poetką nieznaną, nie jest jednak tak znaną, jak być powinna. Dostała kilka liczących się nagród na kilku liczących się konkursach, koresponduje z poetami z połowy kuli ziemskiej – nie brak wśród nich Jakutów, Eskimosów, mieszkańców Australii. Podróżuje po świecie, Po Polsce i po Płocku. I wszędzie potrafi znaleźć coś poetyckiego i co ważne – pokazać innym. Dzięki niej, dzięki Piotrowi Byttnerowi, dzięki kawiarni „Tomaszówka” okazało się, że i na Podolszycach można natknąć się na prawdziwą poezję. Taką, której nie można streszczać, którą trzeba i warto czytać. Babcia „Traugutt” Znała na pamięć pacierz i drogę do katedry Wszystko inne nagle zapomniała Nosiła czarne palto skrzypiące mrozem W śmiesznej mufce trzymała dłonie i proszki od bólu głowy Zięć – kapitan „Traugutta” wracał do niej na święta Opowiadała o nim sąsiadom księżom, kotom na podwórku Przezwali ją babcia „Traugutt” Odpłynęła rzeką w sen śmierci najcichszy Dziś powraca falą wspomnień w smaku drożdżowego ciasta Z Wandą sfrunęły do Tomaszówki wszystkie muzy. Oby zagościły na stałe. Bohdan Urbankowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości