W zeznaniach świadków, na odbywającym się przed płockim Sądem Okręgowym procesie satanistów, cały czas przewija się mroczna postać „Mistrza” – mężczyzny ze szramą na policzku. To on, w maju tego roku, ciężko zranił jednego z poszkodowanych, kierował także torturowaniem chłopca w lutym.W zeznaniach młodych ludzi „człowiek z blizną” nabiera wręcz magicznych zdolności. Pojawia się nagle na cmentarzu, porusza się bezgłośnie wśród grobów, znika... To przypomina najlepsze scenariusze mistrzów horroru. Przenieśmy się jednak na salę rozpraw i prześledźmy część rozgrywających się tam wydarzeń. - Nie znam oskarżonych i nie miałam z nimi wcześniej kontaktu. Ich personalia poznałam dopiero po ujawnieniu tej sprawy. Co wiem o całej sprawie? Widziałam obrażenia, jakich kilkakrotnie doznał mój kolega Rafał. Opowiedział mi też, jak wyglądali napastnicy i po rozmowie z koleżanką Izą okazało się, że to mogli być właśnie oskarżeni. Byłam świadkiem wydarzenia na ulicy Tysiąclecia. Brali w nim udział wszyscy oskarżeni: Roman B., Michał S. i Irek – zaczęła zeznania przed sądem Agnieszka, opisując atak na nią i jej koleżankę. Wydarzenie miało miejsce w marcu tego roku. Zanim jednak napastnicy zaatakowali dziewczęta, napadli na Rafała i dwóch idących z nim chłopaków. - Szłam z koleżanką w stronę „Stodoły”, miałyśmy się spotkać z Rafałem i jeszcze dwoma kolegami. Zauważyłyśmy, że w nasza stronę biegną oskarżeni. Iza ich poznała i powiedziała, ze może nas spotkać coś nieprzyjemnego. Rozpoznała B. i S., trzeciej - osoby obie wtedy nie znałyśmy. Dwóch napastników złapało koleżankę, trzeci podbiegł do mnie. Uciekłam na drugą stronę ulicy. Iza była zasłonięta przez tych chłopaków. Wydaje mi się, że jeden z nich ją trzymał, ale o tym co się działo, dowiedziałam się dopiero później od Izy. W pewnym momencie podbiegli chłopcy, z którymi miałyśmy się spotkać i napastnicy uciekli – opowiadała Agnieszka. Dopiero z relacji koleżanki dziewczyna dowiedziała się, ze jeden z atakujących miał nóż, sama tego nie zauważyła. - Koleżanka miała obrażenia ust – Agnieszka domyśliła się, że Iza została pobita. Obrażenia twarzy mieli także dwaj z trzech kolegów, z którymi dziewczyny miały się spotkać. Z relacji chłopaków wynikało, że chwile wcześniej doszło do bójki pomiędzy nimi, a młodymi ludźmi, którzy zaatakowali dziewczyny. - Na początku tego roku, to było w lutym, Rafał przyszedł do mnie późnym wieczorem. Już wiedziałam, że nie ma go w domu i bardzo się niepokoiłam. Był skatowany. Nie miał butów, kurtki, był w samej koszulce. Zadzwoniłam do jego mamy. Kiedy opatrywałam mu rany, opowiedział, co się stało. Został uprowadzony z ulicy przez trzy nieznane mu osoby, które Polonezem wywiozły go nad Wisłę. Tam był bity, kopany, zabrano mu odzież. Ci napastnicy powiedzieli mu, że chodzi o jakieś osobiste porachunki, jakby zemsta za dziewczynę – mówiła Agnieszka. - Czy w wypowiedziach napastników było coś, co mogło wskazywać na ich przynależność do jakiejś sekty religijnej – pytała sędzia Ludomira Rudzińska, przewodnicząca składu orzekającego. - Mówili, że to co robią, kazał im zrobić ich mistrz – zeznania Agnieszki potwierdzały to, co wcześniej powiedzieli Rafał i jego rodzice. Z zeznań dziewczyny wynikało, że napastnicy byli ubrani na czarno, mieli na głowach kaptury, jednemu z nich spod kaptura wystawały blond włosy. Dziewczyna opisała także najstarszego z napastników. - Był to mężczyzna wieku około 40 – 45 lat. Był wysoki, potężnie zbudowany – ta postać będzie się jeszcze wielokrotnie pojawiła w zeznaniach świadków. - Po tym wydarzeniu rozmawiałam z Izą. Kiedy powtórzyłam jej relację Rafała, ona skojarzyła to wszystko z osobami, które znała. Powiedziała, że nie utrzymuje już z nimi kontaktów. Powiedziała, że te osoby były zdolne do wszystkiego, bardzo brutalne, spotykały się na cmentarzu, ich zachowanie było dziwne. Nie, nie mówiła, że była satanistką – opowiadała Agnieszka. Opisała także inne wydarzenia. W kwietniu Rafał ponownie przyszedł do niej bardzo pobity, miał wtedy wycięty na czole odwrócony krzyż. Wspomniała także o zranieniu chłopaka nożem przez „człowieka z blizną”. Spacer do Poznania Kolejne zeznania składały Iza i jej matka. Wypowiedzi obu pań mogłyby pobudzić wyobraźnię scenarzystów „Milczenia owiec”. To co przeżyła Iza, mogło to być inspiracją dla filmowego Hannibala Lectera czy znanej kiedyś postaci – Charlesa Mansona. Zaczęło się niewinnie, jednak już początek przypominał klasyczny przykład werbunku do sekty. - Zaczęło się, gdy z koleżanką wracałyśmy do domu przez cmentarz, przy ulicy Kobylińskiego. Zaczęłyśmy z nimi rozmawiać. Chcieli, żebyśmy przyszły następnego dnia. Byli do nas bardzo pozytywnie nastawieni. Spotykałyśmy się z nimi regularnie. Oni tak jakby się nami opiekowali, jednak w pewnym momencie przestali być mili. Zaczęło się rzucanie zniczami, skakanie po grobach – tak Iza opisywała początek znajomości z Michałem S. i Romanem B. Dziewczyna zwierzyła się nowym znajomym ze swoich problemów. Poradzili je, żeby uciekła z domu. Razem z nią uciekła jej koleżanka. - S. i B. szli z nami przez pewien czas. Zostawili nas na torach w Radziwiu. Powiedzieli, że jak będziemy szły wzdłuż nich, to dojdziemy do Poznania. Szłyśmy przez całą noc, raz torami, raz szosą. Następnego dnia stwierdziłyśmy, że jednak wracamy do domu. Wieczorem byłyśmy w Płocku – zeznawała Iza. Jednak zamiast prosto do swoich domów, dziewczyny poszły najpierw na cmentarz, żeby spotkać się z chłopakami. Oni jednak nie wykazywali żadnego zainteresowania losem koleżanek. Iza wróciła do domu, gdzie czekali zaniepokojeni rodzice. Matka dziewczyny już powiadomiła policję. „Na pewno nie wiedziałaś, że jestem satanistką...” – list zaczynający się od takich słów znalazła po ucieczce Izy jej matka. Dalej kobieta mogła przeczytać o jakiejś uroczystości po której jej córka i jej koleżanka będą we władzy szatana. Tak dla matki dziewczyny zaczął się prawdziwy koszmar. - Po tej ucieczce córka była bardzo zamknięta w sobie, nie chciała chodzić do szkoły. Bała się. Po zmianie szkoły zaczęły do domu przychodzić jakieś listy adresowane do córki. Zaczęły się też telefony z pogróżkami i wyzwiskami, puszczano przez telefon jakąś muzykę pogrzebową, cześć połączeń była głucha. Pewnego dnia zobaczyłam na rękach córki nacięcia, a później było to pobicie na Tysiąclecia – wspomina matka Izy. - Po ucieczce nie mogłam wychodzić z domu. Kiedy mi się to udało, poszłam na cmentarz, żeby porozmawiać z chłopakami. Powiedziałam, że nie chcę się już z nimi spotykać, że mi się to nie podoba. Doszło do kłótni, powiedzieli, że nadal muszę przychodzić, bo o spotkaniach na cmentarzu powiedzą moim rodzicom. W pewnym momencie Michał S. zaczął mnie trzymać, a Roman B. zrobił mi na ręku dwadzieścia jeden nacięć – zeznawała Iza. – Na Tysiąclecia złapali mnie S. i B. Potem podbiegł ten trzeci, chwycił za ubranie. Miał twarz we krwi i powiedział, że za chwilę ja tak będę wyglądała, Potem uderzył mnie w twarz, Roman B. mnie kopnął. W pewnym momencie, kiedy leżałam już na ziemi, B. przystawił mi do szyi ostry przedmiot. Manipulacje? - Czy w reportażu telewizyjnym mówiła pani o mszach satanistycznych na płockim cmentarzu – dociekała sędzia Rudzińska. - Tak, ale to nie była prawda. Redaktor kazała mi mówić ogólnie o satanistach, a potem tak to zostało zmontowane. To, co mówiłam, nie odnosiło się do spotkań na cmentarzu – tak Iza opowiedziała o swoim udziale w nadanym niedawno przez jedną z komercyjnych stacji telewizyjnych reportażu o płockich satanistach. Informacje o satanizmie dziewczyna miała, według jej zeznań, od Romana B., który czytał książki na ten temat. Zeznania kolejnych świadków wyraźnie wskazywały, że są to osoby powołane przez obrońcę oskarżonych. Większość młodych ludzi odwołała to co powiedzieli w śledztwie, argumentując w ten sposób, że takie zeznania zostały im narzucone przez policyjnych dochodzeniowców. - Roman B. jest moim kolega, przyjaźnimy się od czasów szkoły. Przychodził do mnie na cmentarz, był z nim też S. Po mszy chodziliśmy razem po cmentarzu, obaj pomagali mi porządkować groby – opowiada chłopak, który był ministrantem w kaplicy na cmentarzu przy Kobylińskiego. – Kiedyś zauważałem jak nagrobki na cmentarzu niszczy sześcioosobowa grupa młodych ludzi z kijami basebolowymi. Nie powiadomiłem o tym policji, bo się bałem. Były też włamania do znajdującego się po drugiej stronie ulicy Kobylińskiego zakładu pogrzebowego. O jednym z nich powiadomił policję Roman B. Oskarżeni nie robili na cmentarzu nic podejrzanego. Z zeznań świadka złożonych w śledztwie wynika, że widział on na cmentarzu mężczyznę z blizną. To od tego świadka Roman B. miał klucz do cmentarnej krypty. Jednak w czasie procesu pojawiły się dwie wersje. Jedna przedstawiona przez ministranta przed sądem, że klucz dał B. kiedy miął iść po coś do sklepu. Kiedy wrócił, B. już nie było i następnego dnia okazało się, że został gdzieś napadnięty i kurtka wraz z kluczem znalazła się w policyjnym depozycie. Wersja ze śledztwa brzmiała trochę inaczej, klucz B. dostał od ministranta na wyraźną prośbę, a kolejnego dnia tłumaczył się właśnie dokonanym na jego osobę napadem i zabezpieczeniem klucza przez policjantów. Ministrant zeznał w czasie rozprawy, że do składania zeznań obciążających B. nakłaniał go przesłuchujący policjant. Funkcjonariusz podobno dopisywał do protokołu, co chciał i przed podpisaniem nie dał go chłopakowi nawet przeczytać w całości. - Czy przed przesłuchaniem policjant ostrzegał pana o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań – dopytywał się oskarżyciel posiłkowy mecenas Wojciech Skorupski. - Tego, co jest napisane nie powiedziałem. Policjant nie mówił nic o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań. Straszyli mnie tylko, że mnie zamkną – chłopak, który wcześniej przedstawił zaświadczenie o ciężkiej chorobie serca, był zrozpaczony. Także kolejni świadkowie odwoływali wcześniejsze zeznania. Z tych, które składali w czasie śledztwa wynikało, że na cmentarzu przy Kobylińskiego był widziany mężczyzna z blizną. Miało to być w lutym tego roku, jak zeznawała drobniutka czternastolatka. Pojawiał się on niespodziewanie miedzy grobami. Kiedy dziewczynka powiedziała o tym Romanowi B. ten się tylko roześmiał i powiedział, że ma ona jakieś przywidzenia. Inna czternastolatka w czasie śledztwa zeznała, że oskarżeni palili wieńce z grobów, które wieszali na drzwiach kaplicy. W czasie procesu chciała to odwołać, jednak pytana przez sąd i obrońcę oskarżonych ostatecznie potwierdziła, że takie zdarzenie miało miejsce dwa razy. Jedna z zeznających dziewczyn powiedziała, że wspomniana już Iza miał ślady po nacięciach na ręku już wcześniej, zanim poznała B. i S. Zeznania odwołał także chłopak, który idąc ulicą Tysiąclecia z Rafałem i jeszcze jednym kolegą, został napadnięty przez oskarżonych. Potwierdził wprawdzie, że doszło do bójki, której powodem miały być porachunki pomiędzy chłopakami, jednak do złożenia na policji zeznań obciążających oskarżonych nakłaniali go podobno Rafał i Iza. Wobec tego świadka sąd zdecydował o wyłączeniu wszystkich jego zeznań i przesłaniu ich do prokuratury z powodu podejrzenia, że są one fałszywe. Przed sądem zeznawały osoby, którym zniszczono groby ich bliskich w okresie od końca 1998 roku do pierwszych miesięcy tego roku. Takie zniszczenia są szczególnie przykre, ze względu na wyjątkowy charakter miejsc w których spoczywają zmarli. Pociągają też za sobą spore wydatki przy usuwaniu szkód, a jak wiadomo ich sprawcy bardzo często pozostają nieznani. Proces potrwa jeszcze kilka tygodni, zanim sąd wyda wyrok. Jacek Danieluk Fot. Dariusz Ossowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze