:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
Spotkania i wywiady, Profesor - zdjęcie, fotografia
Tygodnik Płocki 14/05/2014 08:16

– Byłyśmy z siostrą w zespole ludowym Harnam, założonym przy fabryce Biedermanna w Łodzi przez panią Jadwigę Hryniewiecką, znajomą Tadeusza Sygietyńskiego jeszcze sprzed wojny. Występowałyśmy na koncercie w warszawskiej Romie. Miałam duet. Później pani Mira opowiadała, że Profesor wskazał wtedy na mnie i powiedział: „Ta mała”. Pani Hryniewiecka wzięła kilka osób i pojechaliśmy do Karolina na egzamin. Gdy przyszłyśmy do „Mazowsza” miałam 13 lat, a siostra – 14 – wspomina Zdzisława Grąbkowska, solistka baletu i kronikarz „Mazowsza”. W 1994 roku Mira Zimińska-Sygietyńska napisała taką dedykację: „Ukochanej Zdzisi Kachny-Grąbkowskiej, która przyszła do »Mazowsza«, mając 13 lat”. – Miała jedną wadę – wszystko robiła lepiej. Tadeusz ją kochał jak własną córkę. Była przy mnie, gdy Tadeusz odchodził na zawsze.
– Czy mogę opowiedzieć jedną małą anegdotkę? – pyta Mira dziennikarzy obecnych na konferencji prasowej zorganizowanej po powrocie „Mazowsza” z tournée po Anglii w 1957 roku. Na sali słychać przytakujące głosy. – Ale nie zrażajcie się, bo to jest anegdotka kapitalistyczna – ostrzega i zaczyna: – Młody człowiek poprosił kolegę, żeby mu pomógł w bardzo ważnej sprawie.
– Musimy konia do willi wprowadzić. Wprowadzili. Stoi koń już w holu. Kolega powiada: – Musimy na pierwsze piętro. – Ale to dużo roboty, po co ci to? – Zobaczysz. Długo pracowali, aż go wtaszczyli. – A teraz co? – Do wanny. – Ale dlaczego do kąpielowego? – Ja ci zaraz powiem. Wprowadzili do kąpielowego. – Ale powiedz mi, dlaczego? – Zaraz ci powiem. No a teraz trzeba konia do góry nogami odwrócić. Po godzinie odwrócili konia. Koń leży w wannie. – Ale powiedz mi, po co my to robimy? – Jak to po co? Przyjdzie mój brat, wpadnie do mnie do pokoju i powie: – Słuchaj John, u nas koń w wannie. A ja powiem:
– No to co?. Rozlega się śmiech zebranych. Mira mówi dalej: – My się pocimy, gramy, a potem cóż się ukaże w prasie? „Przyjechało »Mazowsze«, dało tyle i tyle występów i już. No to co?”. Tak kochani, bo co macie napisać? Jeden z dziennikarzy dowcipnie puentuje, że doda w artykule: „No to co”. Na taśmie nagranej przez Zdzisławę Grąbkowską słychać, jak Mira opowiada, że lubi prasę i prenumeruje wiele gazet, m.in. „Ruch muzyczny”, ale nigdy nie znalazła tam żadnej wzmianki o „Mazowszu”. – U nas odbywa się muzyka ludowa, zła czy dobra, ale ludowa. Coś na świecie załatwiamy – przekonuje. Trochę ją denerwuje, że zespół w pewnych sferach w ogóle nie istnieje, nikt nie wie, jaki folklor robi i po co. Za chwilę jednak dodaje: – Ale my się naprawdę nie martwimy. W Anglii zespół został przyjęty fantastycznie. Na koncerty waliły tłumy. – Gdybym ja gotówką dostawała to, ile na kwiaty na mnie wydali, tobym mogła jadać w restauracji. A z diety to na ogół mogę zjeść tylko rybę i zupę, dalej już nie starcza – stwierdza Mira. – Nasza Danusia mówi: – Proszę pani, pani już zjadła dietę. – Pozwól, że jeszcze zjem kompot. – Nie, bo pani już przekroczyła. – No to trudno […]. Czego się dla tej kochanej Polski nie robi… – żartuje.
– Ona była bardzo dowcipna. Ubóstwiała opowiadać i robiła to bardzo pięknie, co uwieczniła w swoich filmach Lucyna Smolińska – mówi Zdzisława Grąbkowska.
– Świetnie rozmawiała z dziennikarzami. Znała publiczność. Wiedziała, co załapie. Dzięki pani Mirze podczas pobytu w Londynie Feliks Topolski namalował mój portret. Już byłam ubrana na scenę, gdy kazała mi pójść do jego pracowni. Pozowanie trwało 15 minut. Topolski namalował też portret Miry, który zdobi jej autobiografię Nie żyłam samotnie. Ten znakomity grafik znany był Mirze z czasów, gdy bawiła się w redagowanie tygodniowego dodatku do „Kuriera Codziennego” – „Duby Smalone”. Tytuł został wzięty z Mickiewiczowskiej ballady Romantyczność, w której „dziewczyna duby smalone bredzi a gawiedź wierzy głęboko”. W dodatku pisali m.in. Gałczyński, Breza, Minkiewicz. Ilustrowali go: Maja Berezowska, Jerzy Zaruba i Feliks Topolski. W tym kręgu wymyślono dla Miry przydomek „Madame Smalone Dubarry”, ale to już po premierze Madame Sans-Gene w Teatrze Aktora.
Zespół „Mazowsze” powstał w 1948 roku. – Gdy przyszliśmy do Karolina, pani Mira zaopatrzyła nas we wszystko. Każdy dostał ubranie, wyżywienie, miejsce w internacie. Potem, dzięki Profesorowi, doszło stypendium. Swoje pierwsze pieniądze natychmiast wysłałam do rodziców – opowiada Zdzisława Grąbkowska. Próby trwały nieraz do późnych godzin nocnych. Były zajęcia z rytmiki i solfeżu. Każdy z członków zespołu uczył się grać na jakimś instrumencie. Rankiem, najwcześniej, ćwiczenia na oboju zaczynał Bohdan Łukaszewicz. – Ja wybrałam fortepian. Moją nauczycielką była pani Czechowicz, uczennica Drzewieckiego – wspomina Zdzisława Grąbkowska. Dzieci z zespołu uczęszczały do podstawówki w Kaniach. Próby chóru i baletu odbywały się najpierw w holu pałacyku. Później powstał sławny barak do ćwiczeń. Fantastyczną orkiestrę skompletował Tadeusz Sygietyński. Umiał przyciągać ludzi i docenić cudzy talent, dlatego miał najlepszych muzyków. To on wymyślił wieczorny ensemble. Cały chór spotykał się wtedy na wspólne śpiewanie. W dzień ćwiczono w grupach podzielonych na głosy. – Wszyscy, którzy znali Profesora, kochali go – podkreśla Zdzisława Grąbkowska.
– Gdy żył, absolutnie nie było mowy, żeby pani Mira się do czegokolwiek artystycznego wtrącała. Dbała o nasz ubiór, schludność, wygląd. Profesor – o nasze wykształcenie muzyczne. Wysyłał nas do teatru i do opery – mówi. Mira Zimińska formalnie nie była wówczas pracownikiem „Mazowsza”. Etat reżysera i pierwszą pensję otrzymała dopiero w roku 1954.
Premierowy koncert „Mazowsza“ odbył się 6 listopada 1950 roku w Teatrze Polskim w Warszawie. Był tzw. częścią artystyczną akademii z okazji Wielkiej Rewolucji Październikowej. Na program składał się folklor centralnej Polski. Krystyna Jusińska, która przyszła do zespołu pierwsza, zaśpiewała m.in.: A jak ja już będę siwa siwiuteńka. – Każdą piosenkę ktoś zapowiadał. Ja stojąc na praktykablach, miałam powiedzieć tak: „To i hola – żartobliwa piosenka ludowa o panieńskich zmartwieniach”. Wyszłam i mówię: „To i hola, żartobliwa piosenka ludowa… ludowa” – powtórzyłam i zapomniałam, co dalej. Pomyślałam, że lepiej na tym skończyć i zejść. Przecież publiczność i tak nie wie, co miałam powiedzieć. Ale Sygietyński z kanału mówi do mnie: – O czym jest ta piosenka? – O panieńskich zmartwieniach – odpowiedziałam ze złością. Jak on mógł mi to zrobić? Strasznie się przejęłam. A cała sala zaczęła bić brawo – wspomina Zdzisława Grąbkowska. W 1953 roku Sygietyńskiego wyrzucono z zespołu. Mira postanowiła mu założyć inny. Znowu chodziła po świetlicach i szukała zdolnych dzieci. Zrobiła z nich Zespół Pieśni i Tańca „Warszawa”. Trochę trwało, aż przekonała Sygietyńskiego, żeby rozpoczął z nimi pracę. Nie było łatwo, bo przecież całe serce oddał „Mazowszu”. Sygietyński został kierownikiem artystycznym „Warszawy” 1 stycznia 1954 roku, kierownikiem literackim miał być Tuwim. Niestety wkrótce zmarł. To dla Warszawy Sygietyński skomponował m.in. piosenkę Warszawski dzień (słowa napisał Stanisław Ryszard Dobrowolski).
Gdy prasa zauważyła, że „Mazowsze” bez Sygietyńskiego to już nie to samo, w ministerstwie doszli do wniosku, że powinien wrócić. Najlepszych z zespołu Warszawa Mira wzięła do Mazowsza. Profesor zgodził się na powrót do Karolina, ale postawił warunek: Zimińskiej muszą zagwarantować stały etat reżysera. W 1954 zespół „Mazowsze” miał już nowy repertuar. Sygietyński komponował, a Mira pracowała z młodzieżą pod kątem aktorskim.
– Czy zauważyła pani, że zawsze mówi o Sygietyńskim „per Profesor”, a o Mirze – „pani Mira?” – pytam. – Na początku w „Mazowszu” zwracaliśmy się do niego: „panie dyrektorze”. W zespole „Warszawa” mówiono: „panie profesorze. Gdy zespoły się połączyły, przejęliśmy zwrot „Profesorze”. Do Miry zawsze zwracałam się „pani Miro” – wyjaśnia. Ona jedną ze znajdujących się w archiwum Zdzisławy Grąbkowskiej kartek podpisała: „Były tyran, ale dyrektor”.
Tadeusz Sygietyński oprócz muzyki kochał książki. Miał wspaniałą bibliotekę, którą stale o coś uzupełniał. Swoje zbiory kazał stemplować pieczątką z imieniem i nazwiskiem. – Wolałam iść tańczyć, ale Profesor mnie wołał i kazał stemplować książki – opowiada Zdzisława Grąbkowska. – Był zapalonym bibliofilem. Gdy Dobrowolski, będąc już w szpitalu, podarował mu pierwsze wydanie Mickiewicza, Sygietyński mu napisał: „Takim wariatem to ja nie jestem, ja bym ci w życiu tego nie podarował”. Sygietyński ostatni raz był z „Mazowszem” w Paryżu w 1954 roku. Już wtedy czuł się źle, ale był szczęśliwy. – Gdy leżał w szpitalu przy Emilii Plater, kazał mi różne rzeczy pisać na maszynie. Chciał w ten sposób w pewnym sensie zabezpieczyć panią Mirę. Wydało mu się, że ona sama nie da sobie rady. Zdążył też napisać bardzo dobrą opinię służącej Helci – wspomina Zdzisława Grąbkowska. – Pamiętam, jak w jego imieniu napisałam list, w którym prosił o znalezienie rocznika 1890 „Biblioteki Warszawskiej” z pracą Ludwika Krzywickiego pt. Kurpie. Zrobiłam błędy i on mi je wytknął. Zaraz potem podarował mi słownik ortograficzny, który przechowuję do dzisiaj. Później martwił się, czy nie zrobił mi tym zbyt dużej przykrości – dodaje.
Profesor Sygietyński zmarł 19 maja, 45 minut po północy. Ostatnim utworem, który napisał, była Kołysanka zaczynająca się od słów Śpij dziecinko śpij, słodko sobie śpij. Przed śmiercią prosił: „Mira, pamiętaj, ta piosenka to ma być jak na skrzypcach”. – Ciągle mu brzmiało w głowie wszystko, czego nie zdążył napisać. Zrozumiał, że tracił czas na inne rzeczy, a nie przejdzie do historii jako dobry muzyk, a był nim – stwierdza Zdzisława Grąbkowska. Kilka miesięcy wcześniej Sygietyński poślubił panią Mirę. Zapewnił jej w ten sposób prawa do swojej muzyki, uporządkował sprawy majątkowe. Dlaczego stało się to tak późno? Musiał poczekać na rozwód.
– Zaraz po śmierci Profesora zamieszkałam u pani Miry. Helcia nie chciała zostać. Nie było łatwo. Pani Mira do tej pory nic sama nie robiła. Ja też nie gotowałam, bo w zespole była stołówka. Mówiła mi: „Weź dwa jajka, zdejmij skórkę z pomidora, wrzuć to do szklanki i wymieszaj”. To była jedyna rzecz, którą ja wtedy umiałam zrobić. Potem przyjęła gosposię, ale zaraz się jej pozbyła. Ta pani reprezentowała zbyt wysoki poziom jak na służącą. W końcu Helcia wróciła. Kłóciły się strasznie. Mira potrafiła na nią krzyczeć, a potem ją gorąco przepraszać. Kolejne gosposie w ogóle się pani Miry nie bały. Zdzisława Grąbkowska twierdzi, że wszystkie pochodziły z Płocka.
Mira Zimińska mieszkała przy Krakowskim Przedmieściu. Na próby do Karolina woził ją szofer. Do południa przyjmowała gości w wielkim łożu, ubrana w białą koszulę na guziki. W kieszeni, obowiązkowo – pomadka. – Gdy ktoś przychodził, od razu poprawiała usta. Jak ja przyszłam nieumalowana, a się w ogóle nie malowałam, to pani Mira – pierwsza rzecz – wyciągała pomadkę i mówiła: „Pomaluj trochę usta”. Ją drażniło to, że ktoś jest niezrobiony – powiedziała Zdzisława Grąbkowska.     Lena Szatkowska
fot. Marta Szatkowska-Kunavar

Reklama

Profesor i Pani Mira komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Chcesz coś sprzedać lub kupić, oferujesz usługi, szukasz pracownika lub pracy?

Dodaj swoje drobne ogłoszenie w naszym serwisie. Zapraszamy!

Dodaj ogłoszenie
Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez tp.com.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

z siedzibą w ,

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"