:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?

Nie wiem, jaką aktorką byłam, zarabiałam najwięcej...

Spotkania i wywiady, jaką aktorką byłam zarabiałam najwięcej - zdjęcie, fotografia
  • Fotka nr 0 z 2
  • Fotka nr 1 z 2
Tygodnik Płocki 28/05/2014 10:50

– Pani Mira była wtedy szefem, bo Sygietyński zaczynał chorować. On chciał, żebym został w orkiestrze, a ona widziała mnie w chórze. – Słuchaj Tadeusz, ja bym go koniecznie chciała do chóru. Chodził do szkoły muzycznej. Nuty zna – mówiła. – O nie, moja droga, on nie będzie na twoje chóry chodził. Ciągle mi głowę zawracasz – narzekał Sygietyński. Długo przekomarzali się i spierali. – On się nie nadaje do chóru, bo ma krzywe nogi. – No to co? Przecież tego w chórze nie widać – twierdziła pani Mira.
– A jak będzie schodził z praktykabli, to wszyscy zobaczą – chytrze argumentował Sygietyński. Na tym się skończyło. Choć nawet nie wiedziałem, że mam krzywe nogi, dzięki temu zostałem w orkiestrze – opowiada Ryszard Barcikowki. – Ale nawet po latach współpracy, gdy mnie spotykała, przekornie mówiła: Słuchaj, ja sobie nie przypominam: w których ty głosach śpiewasz? – uśmiecha się.
Ryszard Barcikowski został przyjęty do mazowszańskiej orkiestry gdy miał 21 lat. Trafił tam trochę przypadkiem. Kończył naukę w szkole muzycznej, kochał muzykę klasyczną, grał w operetce warszawskiej i nie zamierzał zamieniać jej na zespół ludowy. Na przesłuchanie do Karolina pojechał z ciekawości, żeby spróbować swoich sił. Dyrygentem zespołu był wtedy Żuława.
– W kącie sali siedział jakiś dziwny facet, ale w ogóle się nie odzywał. Gdy skończyliśmy, wyprowadził mnie z sali i zaczęliśmy rozmawiać. Dopiero wtedy powiedział: – Jestem dyrektorem tego zespołu, nazywam się Sygietyński. Zapytał, czy mam zrobioną maturę – opowiada Ryszard Barcikowski. – Maturę miałem, ale do dyplomu w szkole muzycznej trochę mi brakowało. Umówił się ze mną, że przyjmie mnie na trzy miesiące. Ja się w tym czasie zajmę kończeniem szkoły, ale będę też pracował. Szybko zaczęło mi się to podobać. Po półtora miesiąca byłem zdecydowany, żeby zostać. Bałem się, że oni się rozmyślą. Dyrektor personalny, który wezwał mnie do siebie, po upływie czasu próbnego powiedział: – Proszę pana, postanowiliśmy pana przyjąć. Wyskoczyłem jak szalony na podwórko, zobaczyłem pana Sygietyńskiego. – Gdzie tak gonisz, wariacie? – zapytał. A ja na to z radością: – Zostałem przyjęty! A on: – Co ty powiesz – wspomina.
Choć formalnie dyrektorem był Tadeusz Sygietyński, to Mira umiała dawać sobie radę z codziennymi problemami przychodzących do Karolina z całej zrujnowanej po wojnie Polski dzieciaków. Sygietyński bardzo lubił dzieci, szanował je, o wszystkich się troszczył. – Przychodził na próbę. – Garstka, jak ty się czujesz? – pytał. – Mam jeszcze chrypkę. – To marsz do łóżka. Poleż jeszcze jeden dzień. Tylko mi nie łaź. Przyjdę wieczorem i sprawdzę, jak się czujesz. Każda dziewczyna musiała opowiedzieć o swoim zdrowiu. On o to dbał – mówi Ryszard Barcikowski. – Zawsze powtarzał: – Pamiętajcie, nie jesteście u cioci na imieninach, tutaj trzeba śpiewać pięknie. Dzieciakom bardzo podobał się zwrot „u cioci nie imieninach”. Kiedyś znalazłem taki niezwykły dokument. Dzieci jak to dzieci – robiły różne dowcipy. Nawet Sygietyńskiemu. On palił mnóstwo papierosów. Wychodził na próg, siadał na betonie i palił. Dziewczyny go zauważyły i kiedyś na tablicy ogłoszeniowej powiesiły manifest: „Nie jesteśmy u cioci na imieninach, tu trzeba o zdrowie dbać” itd. Pochowały się za firanki i czekały, aż Sygietyński zauważy. Wszedł, przeczytał. Trochę bały się jego reakcji i powoli zaczęły żałować, że się obrazi i je wyrzuci z zespołu. Zdjął kartkę, poszedł do kancelarii, dopisał: „Przepraszam, więcej nie będę”, podpisał się pod tym i powiesił.

Kochaneczku, ty musisz coś zrobić…

Tadeusz Sygietyński był dyrektorem „Mazowsza” tylko 5 lat. Mira – dziesięciokrotnie dłużej. Gdy zachorował na raka, próbowano ratować go w Szwecji. Pojechał na operację, jednak niewiele to pomogło. W 1955 roku zmarł. Została Mira, która zaczęła rządzić po swojemu. Jak sobie dawała radę? Znakomicie. Nie istniały dla niej rzeczy, których nie umiałaby załatwić i to na najwyższym szczeblu. Bywała denerwująca i egoistyczna, ale zawsze też dopięła swego. Jednocześnie umiała nawiązywać kontakty, potrafiła słuchać swoich rozmówców. Do Karolina przyjeżdżała z mieszkania na Krakowskim Przedmieściu późno, przywożona przez szofera. Zawsze bardzo elegancka, owiana zapachem najlepszych perfum. Nigdy nie żałowała pieniędzy na stroje i perfumy. To ona uczyła mazowszanki, jak się malować na scenę, jak się ubrać czy zachowywać. Pilnowała, żeby znały języki, czym zaskakiwała gospodarzy na zagranicznych wyjazdach. W każdej sytuacji potrafiła się znaleźć. – Przyjechał kiedyś do nas prof. Jabłoński, jej wielki przyjaciel, z delegacją. – Kochaneczku, ty musisz coś zrobić – mówi mu – bo zobacz, te moje dzieci nie mają pieniędzy. Zobacz, jakie one mają pensje.
– Pani Miro, ja tym nie rządzę. Ja nie mam takich pieniędzy. – Ale musisz to zrobić. Ty jesteś najważniejszy w tym kraju. Poprosiła księgowego, żeby przyniósł listę, a te pensje naprawdę były niskie. Delegacja wyjechała. Za jakiś czas dzwoni Jabłoński: – Pani Miro, ode mnie pani dostaje milion złotych na podwyżki. A drugi milion wycisnę z ministra kultury i sztuki. Od razu pensje skoczyły nam w górę. Cokolwiek było do załatwienia, pani Mira załatwiła. Tak jak działki pod budowę domów. Zadzwoniła do Pruszkowa, przyjechała plejada sekretarzy. W prezencie przywieźli kilkanaście przydziałów na samochody, rozdali w zespole. – Jakie ma pani problemy – pytają. – Ja bym chciała moim dzieciom pobudować domy, żeby miały gdzie mieszkać, żeby się zadomowiły. Zgodzili się, podpisali – opowiada.
Mira była inteligentna i miała doskonałe wyczucie. Obracała się w dobrym, przedwojennym towarzystwie, szybko się uczyła, potrafiła kojarzyć fakty. Wyglądała jak dama i tak też się zachowywała. – Ja nie wiem, jaką aktorką byłam. Ja wiem, że najwięcej zarabiałam – tak mówiła – przypomina sobie Ryszard Barcikowski. – Inna sprawa, że myśmy czasem robili do tego wszystkiego głupie komentarze. Tak się złożyło, że mieszkałem w jednym domu z jej starym znajomym, Krukowskim, który miał restaurację w Wilanowie. Spotykaliśmy się w windzie, a on nieco złośliwie mówił: – Pozdrów tę starą kobietą ode mnie. – Mistrzu, to jest mój chlebodawca, muszę mieć dla niej szacunek – odpowiadałem.
Potrafiła być nieraz bardzo surowa. Jej zły humor skupiał się przede wszystkim na dziewczynach. Panowie w orkiestrze mieli lepiej. Jak każdy dyrektor dobierała ludzi według swojego gustu. Natychmiast też pozbywała się takich, którzy przychodzili na „Mazowszu” zrobić karierę. Tak było z niektórymi dyrygentami. – Wzywała takiego dyrygenta i mówiła mu tak: – Ty się tu marnujesz, ty masz ogromny talent. W ten sposób ona go przekonywała, żeby złożył wymówienie – mówi Ryszard Barcikowski. – Jako kobieta potrafiła urządzić intrygę. Robiła to w mistrzowski sposób. Swego czasu jej ofiarą padło dwóch choreografów.
– Trochę prowokatorka? – pytam. – Tak jest. Robiła nam różne numery. Przychodziła na próby orkiestry, a wiedzieliśmy, że się na tym nie zna i mówiła: – Słuchajcie, ja mam do was pretensję, tutaj w pewnym momencie był fałsz i tu było niedobrze zagrane. Oczywiście myśmy wiedzieli, jak ją „zgasić”. – To proszę nam pokazać w partyturze, w którym miejscu – mówiliśmy. A ona: – Ja nie wiem, bo ja się na partyturze nie znam, ale to było tutaj – i pokazywała jakąś grupę instrumentów. Potem się uspokoiła i przestała szukać. Jak była w złym humorze, wpadała na korytarz, po którym chodziły dziewczynki z kajecikami i uczyły się słów piosenek na pamięć. Łapała pierwszą lepszą i robiła jej piekielną awanturę. Dziewczyna potem beczała trzy godziny i nie wiedziała o co chodzi. Zaczęliśmy się zastanawiać, co w tym jest, że ona taka wściekła i objeżdża te dziewczyny bez powodu. Któregoś dnia kolega ją zapytał: Pani Miro, na tego dzieciaka pani naskoczyła. Po co pani to robi? – Nic jej nie będzie. Muszę sobie podnieść ciśnienie – odpowiadała niezrażona. Cała Mira – stwierdza.

Tu mi wisi, tu mam zmarszczki

W 1959 roku Ryszard Barcikowski zainteresował się fotografią. Dostał pierwszy aparat i zaczął robić zdjęcia. Na początku dla siebie i dla kolegów. Potem był coraz lepszy sprzęt, większa wiedza i doświadczenie. – Z „Mazowszem” wyjeżdżałem na koncerty oczywiście jako muzyk, ale przy okazji fotografowałem zespół. Do kroniki trafiały moje fotografie z kolejnych tras. Wkrótce okazało się, że jestem niezbędny. Gdy był wyjazd za granicę i trzeba było robić główki do paszportów stu osobom, robiłem. Na wyjeździe ktoś zaprasza do sąsiedniego kraju – potrzebne wizy. To stawajcie pod ścianę. I tak się robiło wszystkim kolejne zdjęcia. Zdałem egzamin i w 1973 roku dostałem się do Związku Polskich Artystów Fotografików. Zrobiłem bardzo dużo zdjęć Zimińskiej. Sama mnie zawiadamiała, że gdzieś tam będzie i trzeba to sfotografować. Ma zdjęcia ze spotkań z prezydentami, ministrami, biskupami. Wszystko uwiecznione. – Czy lubiła się fotografować? Czy znała się na tym? – dopytuję. – Lubiła. Zawsze tak się ustawiała, żeby zasłonić podbródek. Wszystkie zdjęcia musiałem jej pokazywać. Jak jej się coś nie podobało, to niszczyłem przy niej. Uważała, że dokumentacja jest bardzo ważna. Ona miała wyczucie, choć czasami dzieliła się ze mną banalnymi spostrzeżeniami: – Tu mi wisi, a tu mam zmarszczki”. Byłem na zawołanie i ona to ceniła. Gdy spotkała się z Lodą Halamą w Bristolu, też mnie wzięła. – To jest mój fotograf – powiedziała. A poza tym muzyk. Robiłem zdjęcia, a potem one sobie siedziały i wspominały dawne czasy. Na ogół nasze stosunki z panią Mirą układały się bardzo dobrze. Wybierała mnie czasem, żeby pójść na spacer. Na wyjazdach trzeba było jej pomagać wysiąść z autobusu. Z tym się wiązały zabawne historie. Noc w zimie. Wchodziło się do ciepłego autobusu, a tam siedziało mieszane towarzystwo. – Panowie mają się teraz odwrócić, bo dyrekcja będzie zakładać majtki – informowała pani dyrektor. Myśmy już wiedzieli, gdzie mamy nie patrzeć. A dyrekcja albo te ciepłe majtki zakładała, albo zdejmowała – opowiada.
W erze fotografii cyfrowej nietrudno o dobre zdjęcie. Złe ujęcie zawsze można poprawić, powtórzyć, dzieje się to bardzo szybko. Ryszard Barcikowski nie mógł sobie pozwolić na to, żeby zrobić 50, 100, 200 zdjęć i wybrać jedno. To były duże koszty. Materiał był drogi, szczególnie kolorowy. – Musiałem się zmieścić w trzech. To mobilizowało człowieka do dobrej pracy. Do „Mazowsza” przychodzili różni fotografowie, ale w końcu zawsze wracano do moich zdjęć. Koledzy stwierdzili, że naprawdę mam talent, bo moje zdjęcia zawsze trafiają w dziesiątkę – mówi. – Wszystko robiłem sam: cały proces produkcji. Dzisiejsza łatwizna jest dla mnie niezrozumiała. Młodzi ludzie nie rozumieją fotografii. Dodają podpisy. A przecież fotografia, która nie mówi sama, jest martwa. Każdy podpis, każde wyjaśnienie to sugestia i do niczego nie prowadzi. To odbiorca ma czuć. Po śmierci Miry Zimińskiej Sygietyńskiej w jej mieszkaniu znalazła się książka, w której miała złożyć dedykację dla swojego fotografa. Książki zapomniała mu oddać, ale się do niej wpisała: „Kochanemu Rysiowi Barcikowskiemu – wspaniałemu muzykowi, który nas utrwalał i porzucił. Mira tyranka”.
Lena Szatkowska
fot. archiwum Ryszarda Barcikowskiego

Reklama

Nie wiem, jaką aktorką byłam, zarabiałam najwięcej... komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Chcesz coś sprzedać lub kupić, oferujesz usługi, szukasz pracownika lub pracy?

Dodaj swoje drobne ogłoszenie w naszym serwisie. Zapraszamy!

Dodaj ogłoszenie
Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez tp.com.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

z siedzibą w ,

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"